047595d0210f0f6eb5ea456a51e2aeff

Bang Gang, dir. Eva Husson │„Dla mnie to film o czymś fundamentalnym: że nieważne jak często byłaś naga, jak ekstremalnym doświadczeniom się oddałaś, zawsze chodzi o to samo. Zawsze, kiedy kogoś poznajesz pytasz siebie, czy ta osoba cię kocha, czy ty kochasz ją i czy miłość między wami będzie możliwa” – mówi Eva Husson, autorka „Gang Bang”.

Zacznę od prostego pytania: co było dla ciebie największym wyzwaniem w pracy nad tym filmem?
Zaufać swojej intuicji. Zawsze bardzo w siebie wątpię i przez większość czasu, w którym powstawał ten film, miałam poczucie, że robię jeden wielki stek bzdur i totalne gówno. Niepokoi mnie, gdy przeczuwam, że to, co robię nie jest dobre. W tym przypadku starałam się pamiętać, że mam pomysł, chcę na nim pracować i powinnam się go trzymać.

Zaufanie samej sobie było trudniejsze niż zdobycia zaufania młodych ludzi, którzy wcielają się u ciebie w role główne?
Dla mnie podstawą zaufania jest spędzanie z ludźmi czasu, bycie z nimi przy każdej pojedynczej decyzji i pokazywanie im na każdym kroku, że nie masz wobec nich złych intencji. Na planie, kiedy aktorzy zapytają, dlaczego coś robimy muszę umieć im odpowiedzieć bez zawahania. Szczęśliwie, nie miałam przy tym filmie problemów i kryzysów zaufania, choć pojawiło się takie zagrożenie, kiedy…poprosiłam odtwórczynię głównej roli o przefarbowanie włosów na blond. Ona mnie za to znienawidziła i trzeba było ją długo przekonywać. Dopiero kiedy zobaczyła rezultat, relacje między nami się poprawiły. Wiele takich małych utarczek zbudowało zaufanie między nami, choć ja na początku przyjęłam zasadę, że nie będę udawała ich przyjaciółki, kogoś więcej niż reżyserski. Spędzałam z nimi tyle czasu, ile miałam zaplanowane, nie dałam się wciągać w jakieś prywatne sytuacje albo wyciągnąć na drinka. Chciałam zbudować między nami jednak pewien bezpieczny dystans. Poza tym lubię chodzić spać wcześnie i budzić się bez bólu głowy.

Trudno było ci znaleźć aktorów do głównych ról?
Szukałam ich przez dwa miesiące, przyjmując takie podejście jak na pierwszej randce: szukałam konkretnej energii, skupiałam się na pierwszym wrażeniu, jakie ta osoba na mnie robiła i dopiero potem obserwowałam, jak ono się zmienia. Myślę w ogóle, że to pierwsze wrażenie wiele się potem nie zmienia, a raczej ubogaca mi obraz tej danej osoby w moich oczach.

Zatrzymajmy się chwilę przy zakończeniu twojego filmu. Czy twoim zdaniem ma ono wymiar pewnej kary i nauczki dla bohaterów?
Nie chciałam, żeby zakończenie wypadło gorzko, wręcz przeciwnie. Ten moment, kiedy wszystko upada to chwila, żeby coś zmienić, inaczej pogrążasz się i trudno się wykaraskać. Ja miałam w swoim życiu wiele ścian i dużo rozczarowań. Przez długi czas nie mogłam znaleźć ścieżki, którą mogłabym podążać i po prostu waliłam głową w ścianę. Potrzebowałam lat, żeby zrozumieć, że lepiej surfować z falą i porzucić przekonanie, że droga jest jedna. Taka wiedza zupełnie transformuje doświadczanie życia i im szybciej sobie uświadomisz, że tych wysokich ścian będzie wiele i będziesz się z nimi zderzać cały czas, tym lepiej. Żadna z nich nie jest końcem świata.

Mówisz to z perspektywy dorosłej, a w młodości te zderzenia faktycznie wydają się przecież końcem świata.
To nawet lepiej, że moi bohaterowie tak ekstremalnego zwrotu doświadczają jako młodzi ludzie – tym więcej będą mieli czasu, żeby zmienić swoje życie. Po tym, co przeszli każde z nich już o sobie wie, czy osobą małego ryzyka czy ma w sobie dużo odwagi i otwartości na nowe. Większość filmów pokazuje jak nastolatki doświadczają np. wielkiej przemocy i to nimi wstrząsa, obraca ich życie w katastrofę. Ja chciałam pokazać coś odwrotnego. Chciałam pokazać jak ekstremalne doświadczenia pomagają przystosować się do życia, także tego w dorosłości. Bardzo cieszy mnie, że ludzie dostrzegają w tym filmie czułość, a nie chęć pouczania czy wypowiadanie się z punktu widzenia „mądrego dorosłego”. Nie zależało mi na prostej prowokacji, nie obliczyłam tej historii na szok. Dla mnie to film o czymś fundamentalnym: że nieważne jak często byłaś naga, jak ekstremalnym doświadczeniom się oddałaś, zawsze chodzi o to samo. Zawsze, kiedy kogoś poznajesz pytasz siebie czy ta osoba cię kocha, czy ty kochasz ją i czy miłość między nami będzie możliwa.

Ale głównie starasz te potrzeby przed tą osobą ukryć.
To prawda. Ludzie starają się te emocje schować i chciałam to też zderzyć ze wszechobecną nagością, łatwością z jaką ci młodzi odsłaniają swoje ciała. Robią to przecież także po, to aby odwrócić uwagę od swoich uczuć i odpowiedzieć na presję – bo myślę, że presja ciągłego obnażenia zdominowała kulturę młodych. Według mnie ciężko dorasta się w świecie naszpikowanym kamerami, bo to pod ich wpływem swoje tożsamości kształtują młodzi. Moje pokolenie miało to szczęście, że naszą osobowość kreowały głównie czynniki wewnętrzne, teraz – robią to głównie czynniki zewnętrzne. W takich warunkach trudniej radzić sobie z samym sobą.

Czy twoi bohaterowie się przeciwko czemuś buntują?
Nie. To nie jest pokolenie buntu, a na pewno nie pokolenie buntu przeciwko dorosłym. Kiedy jesteś nastolatkiem nie rozumiesz dorosłych. Oni czasem nie są w twoim życiu za bardzo obecni, ale to nie dlatego, że cię nie kochają czy mają złe intencje. To najczęściej znaczy, że ciężko być pracującym dorosłym w społeczeństwie, które nic nie ułatwia. To nie jest film przeciwko rodzicom i przeciwko temu, że dali dzieciom dużo wolności. Oni nie mają się przeciwko czemu buntować, choć może byłoby lepiej, gdyby mieli, bo wtedy ich zachowanie posiadałoby jakieś ramy. Mogliby budować je w opozycji do czegoś. A tak, ci ludzie nie mają konkretnych limitów, a zatem nie mają też punktów odniesienia w swoim eksperymentowaniu. Idą tak daleko jak sami czują, jak daleko czują się w tym wygodnie. Odrzucam myślenie, że zachowanie moich bohaterów to wina rodziców. To raczej kwestia małych mechanizmów działających wewnątrz charakteru każdego z nich i konstrukcji współczesnej rzeczywistości, w której nie ma zbyt wiele wspólnej przestrzeni. Kiedyś to był kościół, wokół niego skupiali się ludzie. A teraz? W niektórych społeczeństwach wciąż takie rzeczy dzieją się w kościele, a w innych to zniknęło i nie pojawiło się nic w zamian.

A Facebook?
Ale Facebook nie może tego zastąpić. To musi mieć znaczenie w rzeczywistości, dawać możliwość bliskości z jakąś grupą, dotyku. Jako nastolatka dużo grałam w koszykówkę i choć zawsze byłam samotniczką, lubiłam mieć czas dla siebie i nie byłam specjalnie towarzyska, uprawianie sportu dawało mi możliwość pobycia wśród ludzi. Balangować zaczęłam dopiero później i dziś też patrzę na to, jako na ważne doświadczenie – to istotne, żeby istnieć w społeczeństwie w jakiś pozaintelektualny sposób i mam poczucie, że imprezowanie czymś takim jest.

Miałaś poczucie dużych różnic między momentem, w jakim ty dorastałaś i rzeczywistością, w jakiej dorastają młodzi ludzie teraz?
Nastolatek to nastolatek, czasy nie mają tu wielkiego znaczenia. Nie robiłam specjalnego researchu wśród młodzieży, czułam w młodych ludziach wiele własnych emocji z dawnych lat. W ogóle ten film jest częścią mnie, włożyłam w niego swoje uczucia i doświadczenia. Jedyne co zrobiłam, to obserwacja młodzieży na social media, bo za mojej młodości takich rzeczy nie było. Byłam ciekawa, jak oni takich narzędzi używają i do czego. Byłam chyba pierwszą osobą z mojego pokolenia z kontem na MySpace, Facebooku czy Instagramie. Na początku nawet nie wiedziałam jak z tego korzystać i po co. Pamiętam czasy, kiedy na Twitterze ludzie pisali, że zjedli kanapkę, a teraz to przecież potężne narzędzie dla publicystów, artystów i aktywistów. To narzędzie nadawania sensu światu i próba porządkowania otaczającego nas chaosu.

Teraz młodzi mają trudniej?
Zaczęłam robić ten film sześć lat temu i mam wrażenie, że przez ten czas skończyła się pewna era. Kiedyś można byłoby być młodym i beztroskim, teraz się nie da – balangujesz jednocześnie pamiętając, żeby balangować tak, aby dobrze wypaść na zdjęciach na Facebooku. Na dodatek świat staje się coraz gorszym miejscem do życia, cofa się. Pokolenie moich rodziców miało ideały i dużo walczyło. Ono oczywiście straciło wiele złudzeń, ale w ostatecznym rozrachunku zostawiło świat lepszym. Mamy dużo wolności i praw. A teraz znowu to wszystko jest kwestionowane i zawracane jakimiś archaicznymi przekonaniami. Po sylwestrowych atakach w Niemczech mówi się kobietom, że mają siedzieć w domu i nie zbliżać się do mężczyzn na odległość mniejszą niż długość wyciągniętej ręki. Zamiast dbać o bezpieczeństwo, apeluje się do kobiet, żeby zniknęły z przestrzeni publicznej. Dla mnie to niewiarygodne, jak taką wiadomość można puszczać w świat? Nawet nie wiesz, jak mnie to wkurza.■

Rozmawiała: Urszula Lipińska


Written by redakcja