Alleluia-1Alleluia, reż. Fabrice du Welz │ W latach 60. albo 80. minionego wieku horrory miały coś do powiedzenia, potrafiły się czemuś przeciwstawić. Teraz filmy starają się nikogo nie obrazić, w związku z czym bardzo mnie nudzą. Pewnie dlatego Andrzej Żuławski i Roman Polański przestali kręcić horrory – zauważyli jak bardzo ten gatunek zbiedniał – twierdzi Fabrice du Welz, autor „Alleluia”.

Czy powiedziałbyś, że wszystkie twoje filmy są o miłości?
O tak, zdecydowanie! Fascynuje mnie pomysł spotkania się dwójki ludzi, którzy nagle dostrzegają w sobie bratnie dusze i wpadają w sidła szalonego uczucia. To ma praktycznie miejsce w każdym z moich filmów – choć oczywiście czasami w bardzo przewrotny sposób. Szczególnie kiedy ogląda się je w kolejności chronologicznej, można dostrzec jak to uczucie ewoluuje, wzbogaca się, zajmuje w moich fabułach coraz ważniejszą rolę.

Miłość to charakterystyczny skład belgijskiego horroru? Czy w twojej ojczyźnie właśnie to czyni horrory szczególnymi?
Przy okazji promocji „Calvaire” dużo mówiłem o kondycji belgijskiego horroru i wtedy automatycznie zaczęto mnie łączyć z tym „lokalnym” gatunkiem. Oczywiście, horror jest moją miłością od pierwszego wejrzenia, ale skrycie podkochuję się też w innych rodzajach kina. Nie chcę, żeby podporządkowywano mnie jednemu gatunkowi, a moje fabuły umieszczano w lokalnym wymiarze. Szczerze powiedziawszy, nie wiem zresztą za wiele o belgijskim horrorze, a współczesny horror ogólnie uważam za rzecz znajdującą się w dosyć słabej kondycji. Horror jest okropny, mało kreatywny, szalenie mizoginistyczny i pozbawiony poezji. Sprzedaje radośnie jedną rację, nie biorąc pod uwagę żadnych innych punktów widzenia i w ten sposób staje się gatunkiem niezwykle cynicznym. W latach 60. albo 80. minionego wieku horrory miały coś do powiedzenia, potrafiły się czemuś przeciwstawić. Teraz filmy starają się nikogo nie obrazić i w związku z tym tak bardzo mnie nudzą. Pewnie dlatego Andrzej Żuławski i Roman Polański przestali kręcić horrory – zauważyli jak bardzo ten gatunek zbiedniał.

Do czego częściej się odnosisz – do obserwacji z rzeczywistości czy do inspiracji płynących z kina?
Oczywiście, w moich filmach są pewne odniesienia do belgijskiej rzeczywistości. Jestem kinofilem, naoglądałem się w życiu mnóstwa filmów, ale uważam, że powoli udaje mi się wyzbyć ich wpływu na moją twórczość i stopniowo odnajduję swój własny głos. Staram się robić filmy coraz bardziej osobiste.

Z jakim reżyserem łączy cię duchowa bliskość?
Czuję pewną bliskość z reżyserami z lat 80. Filmem, który zawsze będzie dla mnie pewnego rodzaju punktem odniesienia jest „Opętanie” Andrzeja Żuławskiego. Wolę jego twórczość z tego francuskiego okresu, jest dla mnie bardziej dostępna. Tej z polskiego do końca nie rozumiem, choć niezmiennie podziwiam jego energię, dramaturgię jego fabuł i zawsze czułem, że miałbym o czym z nim porozmawiać. Jeśli przyjrzysz się, jak pracuje u mnie kamera, to zauważysz, że często czerpię z Żuławskiego. Innym reżyserem, którego podziwiam jest Tobe Hopper. Cenię go za sposób w jaki stawiał opór społecznym przekonaniom, jak mądrą refleksję i światopogląd proponował w swoich filmach, a w końcu – jak sprytnie opakowywał ją w ramy czystej rozrywki.

Podpierasz się tymi twórcami, gdy pracujesz nad połączeniem tak różnych gatunków w swoich filmach?
Przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem, jak połączyłem tak wiele gatunków w moim ostatnim filmie, wyszło mi to naturalnie. Chciałem mieć w nim thriller, komedię, kino drogi, musical, horror, ale jednocześnie pragnąłem w nim zachować pewną harmonię. Nie mam pojęcia jak to osiągnąłem, jestem zaś pewien, że nie ma na to złotego sposobu. Zaczynam jak każdy inny twórca: od pustej kartki papieru, a nie od matematycznego przepisu na doskonałą filmową strukturę. Nie poruszam się wedle jasno sprecyzowanych reguł.

A obsesja? To dobry początek historii? Bohater z obsesją to najlepszy bohater?
Jestem przekonany, że świat jest pełen ludzi wiedzionych przez obsesję. Ludzie w ogóle są bardzo dziwni i uwikłani w rozmaite patologie – świetnie potrafił to zresztą obśmiać Luis Buñuel. Obsesja to świetny start dla historii i coś, co doskonale ją napędza. Dostrzegłem też, że aktorzy bardzo lubią grać ludzi mających na jakimś punkcie obsesję. Uruchamia to w nich wolność. Mi zaś pozwala to przyjrzeć się mechanizmom kierującym ludzkością i źródłom rozmaitych społecznych patologii.

Bohaterkami twoich filmów często są kobiety. Ciekawią cię bardziej od mężczyzn?
Od zawsze czułem się lepiej w otoczeniu kobiet. Wychowałem się w bardzo restrykcyjnej katolickiej szkole prowadzonej przez zakonnice i pewnie dlatego lubię eksploatować ten teren: żeńskość, kobiecy pierwiastek osobowości, męski charakter zderzony z kobiecym – zawsze głębszym i bogatszym. ■

Rozmawiała: Urszula Lipińska


Written by redakcja