ONE_DAY_IN_SARAJEVO_artikkelikuva
One Day in Sarajevo, dir. Jasmila Žbanić│ „Zaprzeczanie pewnym faktom zabiera naszą energię, nawet jeśli tego nie zauważamy. W moim odczuciu klarowanie przeszłości to ogromna inwestycja w przyszłość i dobra podstawa, żeby zacząć wszystko od nowa. Dopóki kierujemy się poprawnością, nie wspominamy o rzeczach, które się wydarzyły i staramy się iść w stronę przyszłości zawsze coś będzie nas blokować” – mówi Jasmila Žbanić, bohaterka retrospektywy 34 edycji Bergamo Film Meeting.

To ciekawe, że cała twoja twórczość opowiada o wojnie i jej konsekwencjach, praktycznie nie pokazując bezpośrednio przemocy a ostatnim ujęciem jakie zawarłaś w „One Day in Sarajevo” jest wystrzał.
Tak, masz rację! Być może potrzeba zawarcia w filmie takiej scena pojawiła się we mnie podświadomie. W końcu kiedy przeanalizujesz sytuację na świecie to właściwie żyjemy w atmosferze trzeciej wojny światowej. Tylko nikt nam tego jeszcze wprost nie powiedział.

W ostatnich latach skupiłaś się na kręceniu dokumentów. Jakie ten gatunek daje ci możliwości w przeciwieństwie do fabuły?
Dokument mogę zacząć mając w głowie pewną ideę, a skończyć w zupełnie innym świecie. W fikcji nie ma na to szans, bo zawsze ma się wizję i robi się wszystko, aby tę wizję wypełnić – robienie fabuły to w istocie bardzo egoistyczna sztuka. Natomiast szczególnie „One Day in Sarajevo” był pracą kolektywną, działaniem przeciwko ego. Ludzie dali temu filmowi coś, czego się nie spodziewałam, nie mogłam nawet podejrzewać, że wszystkie te szalone rzeczy się zdarzą. Myślę, że zwłaszcza doświadczenie kręcenia tego filmu zostawiło mnie otwartą i jeszcze bardziej ciekawą świata. Dostałam możliwość spojrzenia na moją ojczyznę z innej perspektywy. Ten temat zawsze mnie zajmował i myślę, że dobrze czasami zobaczyć ją z dystansu, nowego położenia.

Czy twoje dokumenty, tak jak zdarzało się to fabułom, też wpływają na rzeczywistość twojej ojczyzny, kształtują ją, pomagają jej przerobić traumy choćby w najmniejszym stopniu?
„For Those Who Can Tell No Tales” nie miało takiej siły oddziaływania jak „Grbavica”, ale tamten film dostał nagrodę w Berlinie, co pozostało nie bez wpływu na towarzyszący mu rozgłos. To pomogło mu rzutować na rzeczywistość. Natomiast w przypadku „For Those Who Can Tell No Tales” zderzyłam się z ogromnym oporem – film blokowano, pół kraju nie chciało go w ogóle wyświetlać. W Serbii nie chcą ludzie nie chcą widzieć mojego filmu, rząd mówi, że pokazane w nim wydarzenia nigdy się nie miały miejsca. Właściciele kin boją się go grać, obawiają się, że ludzie wybijają im szyby albo podpalą budynek. Żałuję, że do pokazów tam nie może dojść, bardzo chciałabym takim ludziom pokazać ten film a potem z nimi porozmawiać. Usłyszeć co o pokazanych w nim sprawach myślą. Nigdy tego nie osiągnę, jeśli oni nawet nie chcą go zobaczyć. Teraz „For Those Who Can Tell No Tales” zdobywa zainteresowanie za granicą, wciąż jest zapraszany na różne festiwale i wydarzenia filmowe, ludzie zadają sobie po nim pytania i doceniają tę inną perspektywę, jaką on oferuje. Perspektywę spojrzenia na przeszłość, której nie znajdą w mediach czy w archiwach.

Stałaś się jako reżyserka kronikarką pamięci twojego narodu. Jakie przez ten czas zauważyłaś w nim największe zmiany?
Pozytywne zmiany?

Tak, skupmy się na tych pozytywnych.
Pewne rzeczy się uspokoiły. Ostatnio jechałam do Belgradu na premierę wyprodukowanego przeze mnie filmu „A Good Wife” Mirjany Karanovic. To było równo dziesięć lat po premierze „Grbavicy”, podczas której na pokaz była eskortowana, a hotelu nie mogłam opuszczać sama – to było zbyt niebezpieczne. Pokaz zresztą został przetrwany przez pokaźną grupę mężczyzn w koszulkach z podobiznami Ratko Mladića, krzyczących o zatrzymanie pokazu. Teraz, dziesięć lat temu wylądowałam w tym samym hotelu, teraz to już zrekonstruowany budynek będący częścią jakieś światowej sieci hoteli, bez policyjnej eskorty. „A Good Wife” opowiada o zbrodniach wojennych, ale ludzie go akceptują. Po seansie bili brawo. Mirjana dostała za niego nagrodę. Więc z jednej strony sytuacja się zmienia, z drugiej – u nas jak wszędzie, w całej Europie, społeczeństwo przechyla się na prawo. Zachowania się radykalizują. U was też, prawda?

Tak, u nas bardzo się takie zachowania nasilają.
Europa Wschodnia to naprawdę wielka historia. Naprawdę trudno mi być dumną z tego, że jestem jest częścią.

Widzisz jakieś wyjście z tej sytuacji?
Myślę, że rozwiązaniem może być solidarność, a pierwszym do niej krokiem byłaby polityczna świadomość. Dojrzenie, że oficjalną narrację zbudowano na micie, który nie jest prawdą, a ma tę prawdę ukryć, przykryć.

W „One Day in Sarajevo” pojawia się scena z protestami, które jeszcze 10 lat temu w ogóle nie byłyby możliwe. To bardzo pozytywny sygnał, że ludzie zaczęli rozumieć, iż rząd i głoszona przez niego oficjalna narracja są nie do zaakceptowania. Mówią „nie” wydawaniu dwóch milionów euro na celebrowanie zabójstwa Franza Ferninanda i jego żony. Noszą na twarzach maski Gavrilo Principa i krzyczą, że nie akceptują tej drogi interpretowania historii. To nie jest duża grupa ludzi, ale ich gest jest bardzo ważny. Po raz pierwszy bowiem społeczeństwo przyznaje, że zrozumiało dlaczego przytrafiła nam się wojna. A ona nie przydarzyła się dlatego, że ludzie się nienawidzili, ale dlatego, że ktoś miał w tym interes ekonomiczny i używając pojęcia narodowości napuścił jednych ludzi na drugich. I póki ci pierwsi będą jak owieczki podążać za politycznymi liderami, wzbogacającymi się przez wojnę i mającymi interes w dzieleniu społeczeństwa, nic się nie zmieni. Ale kiedy ktoś zrozumie, że jest po prostu częścią wielkiego konceptu, znajdzie się dla nas światełko nadziei.

Pracujesz teraz nad filmem o zbrodni w Srebrenicy. W jaki sposób chcesz o niej opowiedzieć?
Przyjmując perspektywy mężczyzny, Bośniaka, który był wtedy tłumaczem dla UNPROFOR. Był blisko politycznych sił, a jednocześnie był zmuszony walczyć o ocalenie swojej rodziny. Później pozostaje mu już tylko ocalić siebie, a także zaakceptować fakt, że nie może pomóc wszystkim. Chcę się skupić w tym filmie na tym, co czuje człowiek i co się z nim dzieje kiedy musi się z taką bezradnością konfrontować.

Srebrenica to chyba nieczęsto poruszany w kinie temat?
Był jeden francuski film opowiadający o mężczyźnie prowadzącym śledztwo w sprawie wydarzeń z 1995 roku. A tak poza tym, to chyba nic o Srebrenicy nie nakręcono.

Masz problemy przy pracy nad tym filmem?
Wciąż żyje dużo ludzi pamiętających tamte wydarzenia i mogę u nich szukać wsparcia przy opowiadaniu mojej historii. Największym problem w przypadku tego filmu to nie źródła informacji, ale finansowanie. Nikt w Bośni nie chce zainwestować w taki pomysł, a to kosztowny projekt. Nie mam pojęcia kiedy uda mi się ten film zrobić – czy będę miała szczęście i wydarzy się to za rok, czy za będzie mi ciężko i film powstanie za dziesięć lat?

To będzie twój pierwszy film opowiadany z męskiej perspektywy.
Tak! Dotąd opowiadałam wydarzenia z punktu widzenia kobiet, nie tego tylko dlatego, że sama jestem kobietą i ta perspektywa jest w naturalny sposób bliższa, ale także dlatego, że los kobiet z oficjalnych narracji zazwyczaj został wycina. To ciekawsze patrzeć na wydarzenia z punktu widzenia kogoś, kto jest umiejscowiony poza oficjalnym politycznym dyskursem. „Srebrenica” będzie też moim pierwszym filmem dziejącym się bezpośrednio w czasie wojny. Ludzie mówią, że robię filmy wojenne, ale to nieprawda. Ja dotąd zawsze opowiadałam o jej konsekwencjach.

Jaki reakcji na „Srebrenicę” się spodziewasz?
Ludzie pewnie będą reagować różnie. Nie martwię się o to, że politycy będą mówić, że te wydarzenia nie miały miejsca. Przecież na to są fakty w postaci martwych ciał. Natomiast mam wrażenie, że ten film będzie miał dla ludzi więcej sensu za jakiś czas. Teraz społeczeństwo jest skupione na tym jak przetrwać następny dzień – naprawdę nikt nie ma siły zajmować się wojną i nie chce być z nią konfrontowany, bo rzeczywistość sama w sobie jest dziś bardzo trudna. Dopiero gdy wszystko się trochę ustabilizuje, a młode pokolenie, które nie ma żadnej pamięci o tych zbrodniach zacznie o nie pytać – mój film może zyskać więcej sensu.

Dlaczego konfrontowanie się z przeszłością wydaje ci się tak ważne?
Uważam, że przeprawianie się przez przeszłość to zdrowy odruch. Zaprzeczanie pewnym faktom zabiera naszą energię, nawet jeśli tego nie zauważamy. W moim odczuciu klarowanie przeszłości to ogromna inwestycja w przyszłość i dobra podstawa, żeby zacząć wszystko od nowa. Dopóki kierujemy się poprawnością, nie wspominamy o rzeczach, które się wydarzyły i staramy się iść w stronę przyszłości zawsze coś będzie nas blokować. Gdybyśmy były przyjaciółkami i napotkały na swojej drodze problem, którego byśmy nie przegadały to zawsze stanowiłby on między nami ścianę. Prawdziwa więź przychodzi bowiem z bycia szczerym i konfrontowania się faktami. Tymczasem my jako społeczeństwo wciąż dyskutujemy czy coś miało miejsce czy nie, choć przecież są na to dowody w postaci martwych ciał. Dopóki nie porzucimy mitologizowania, nie będziemy mieli zdrowego podłoża do nowej wizji i oczyszczenia się z przeszłości. Nie możesz założyć nowej rodziny z dziadkiem, mama i prababcią. Ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele z nich codziennych problemów ma swoje korzenie w wydarzeniach z 1995 roku. Nie dostrzegają, że np. bałagan administracyjny bierze się właśnie z tamtego okresu. Uciekając od konfrontacji tak naprawdę pogłębiają swoje obecne, nieciekawe położenie.

Zastanawiałaś się kiedyś skąd w tobie ta potrzeba grzebania w przeszłości, dlaczego ten temat tak bardzo cię przejmuje?
Miałam 17 lat kiedy zaczęła się wojna. Dla mnie, nastolatki, to był szok, bo dotąd Jugosławia była naprawdę dobrym miejsca do życia, nieźle poukładanym, szanującym podstawowe wartości. I nagle to zniknęło. Rządzący podzielili naród – i wciąż to zresztą robią. Nie mieści mi się w głowie do dziś, że ludzie z dnia na dzień mogą stać się potworami. Przecież nikt tu nie przysłał armii złych kreatur gotowych zabijać. To normalni ludzie, nasi bracia i siostry, nagle sięgnęli po broń. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, nie potrafię wyjaśnić zachowania tych ludzi. Nie mogę znaleźć powodu, dlaczego ludzie z dnia na dzień stają się mordercami, choć chwilę temu byli niepozornymi, szarymi obywatelami. Oczywiście, polityczni liderzy karmili ich nieprzerwanie paliwem nienawiści, jednak dla mnie to niewystarczający powód takiej zmiany. Chciałabym odkryć jej tajemnicę – dla siebie samej, dla mojego narodu i dla całej ludzkości. Chciałabym to zrobić z nadzieją, że to mogłoby zapobiec popełnieniu tego błędu kolejny raz. ■

Rozmawiała: Urszula Lipińska


│Artykuł powstał dzięki uprzejmości│

bfm

 

Written by redakcja