EAgora-6_joaquimWhat now? Remind me, reż. Joachim Pinto│Ta podróż zaczęła się dwadzieścia lat temu. To wtedy Joachim Pinto dowiedział się, że jest nosicielem wirusa HIV i choruje na żółtaczkę typu C. Pewnego roku postanowił poddać się trwającej rok, eksperymentalnej terapii dokonywanej lekami, które wymazują pamięć, wyostrzają obraz, zaburzają zmysły. Wrażenia z tego leczenia zapisał w dokumencie „Co teraz? Przypomnij mi”, będącym rejestracją jego podróży…głównie wokół własnego domu. Duchowo jest to natomiast wyprawa przez nowy świat, w nowym, wolniejszym tempie i z nowym postrzeganiem rzeczywistości. Towarzy w niej reżyserowi jego mąż, Nuno Leonel.

Czy podjęcie decyzji o nakręceniu filmu będącego intymnym dziennikiem było dla ciebie trudnym czy naturalnym krokiem?

Kiedy próbowałem się jakoś przygotować do testów lekarskich, którym miałem się poddać i oswajałem się z tym, co mnie czeka, oczywiście schronienia zacząłem szukać w kinie. Ono zawsze było jednym z czynników wspierającym mnie w życiu. Wygrzebałem więc mnóstwo dokumentów na temat epidemii wirusa HIV. Oglądając je, z przerażeniem zauważyłem, że wszystkie te filmy są nakręcone w trzeciej osobie. Jakby pacjenci byli zbyt delikatni i wrażliwi na punkcie własnej choroby i przez to nie można się było do nich zbliżyć z kamerą. Jakby byli nieprzerwanie zajęci pokonywaniem swojej choroby i walką o dalsze życie i nie mogli zatrzymać się na chwilę, aby zastanowić nad swoim położeniem. Trochę się temu nie dziwię. W tych ciężkich czasach, w których przyszło nam żyć, takie tematy nie są darzone największym zainteresowaniem mediów, właściwie są przez nie uważane za zbyt prozaiczne i przez to zepchnięte z pola widzenia. Kto pyta teraz o to, co dzieję się w Iraku czy Syrii, skoro centrum świata znajduje się obecnie na Ukrainie? Mając to na uwadze, chciałem dać podejmowanemu przez mnie tematowi twarz, swoją twarz, uznając, że to najlepsze co mogę zrobić, aby nadać mu znaczenie.

Czy wtedy życzyłeś sobie, że ten film był używany jako głos w sprawie leczenia wirusa HIV?

Mam nadzieję, że mój film okaże się dla niektórych ludzi właśnie takim schronieniem, jakiego ja swego czasu szukałem w kinie. Wiem, że pozarządowe organizacje i instytucje walczące o leczenie chorych na HIV stworzyły ludziom możliwość obejrzenia tego filmu, organizowaliśmy wokół niego specjalne wydarzenia, a zarobione w ten sposób pieniądze oddawałem instytucjom, które się tym zajęły. Mam nadzieję, że „What Now? Remind me” podniesie społeczną świadomość tego, co to za choroba i może stanie się głosem ludzi, którzy przez nią czują się w jakiś sposób dyskryminowani.

Kiedy ten dokument przestał być jedynie czymś, co tobie pomagało się oswoić ze swoją chorobą, a stał się filmem ujmującym się za większą grupą ludzi?

Właściwie, nigdy mieliśmy intencji zrobić film o mnie samym, a przynajmniej nie była to intencja stojąca na pierwszym miejscu. Z drugiej strony, pamiętałem także, że nie mogę mówić za wszystkich, potrafię jedynie opowiadać o czymś w wymiarze osobistym. Jednak kiedy robiłem szkice i notatki do tego filmu, zapisując teksty dla narratora, odkryłem następujący cytat: „Ludzka egzystencja jest jedynie krótką iskrą na linii czasu i na mapie całego świata. Jesteśmy tym, co nas poprzedza i wszystkim, co nas wspiera. Udajemy, że mamy nad czymkolwiek kontrolę, że dominujemy nad życiem, że jesteśmy na samej górze tego łańcucha. Podporządkowujemy się językowi, który mówi, że „naczelny” pochodzi od łacińskiego słowa „primus”, czyli „pierwszy”. Ten cytat w jakiś sposób pozwolił mi nabrać pokory i świadomości, że życie wymaga interakcji. Dopiero ona pozwala uczynić egzystencję pełną i dobrze w chwili słabości nie zapominać, że jesteśmy częścią większego świata. Nie warto zaszywać się w swojej tragedii.

Czy uważasz, że nakręciłeś film polityczny?

Zdecydowanie tak. Jest on polityczny w takim samym stopniu, w jakim prywatna rozmowa między dwójką ludzi może mieć wymiar polityczny. Jest przecież kilka różnych dyskursów – taki, w którym otwarcie zwracamy się do tłumu ludzi i taki, do którego dochodzi między dwoma rozmówcami. Głos spoza kadru, symbol mojego głosu wewnętrznego, oddaje moje podejście do polityki. To są jakby moje rozmowy z Nuno albo jakąś trzecią wyimaginowaną osobą, przyszłym widzem naszego filmu. Niezależnie jednak, z kim rozmawiam, zależało mi na tym, żeby te dyskusje zawsze miały charakter intymny, były szczere, jakbym mówił do najbliższego przyjaciela. Jestem święcie przekonany, że moc filmu tworzy szczerość reżyserskiej wizji. Ale jej uzyskanie jest trudne do pogodzenia z wieloma innymi czynnikami.

Czy ustaliłeś jakieś granice intymności, oddzielające to, co chcesz pokazać w filmie od tego, co ukryjesz i zachowasz tylko dla siebie?

Ustaliłem sobie kilka granic. Pierwszą z nich była granica czasu. Zdecydowałem się kręcić jedynie przez rok trwania moich badań medycznych. Drugą granicę postawiła mi rzeczywistość – była to granica przestrzeni. Byłem bardzo słaby i nie mogłem za dużo podróżować, więc zrobiliśmy zaledwie kilka niewielkich okrążeń wokół domu. Te wycieczki były co najwyżej dwukilometrowe. Wyjątek stanowiły jedynie wyprawy do szpitala. W rezultacie mieliśmy bardzo dużo materiału nakręconego na taśmie 8 mm i wiele zdjęć, których po wykonaniu nigdy potem nie oglądaliśmy. Przy montowaniu filmu byliśmy wręcz zaskoczeni tym, co na nich znaleźliśmy.

Dokręcaliśmy co prawda dodatkowe materiały w szpitalu, ostatecznie ich nie wykorzystaliśmy w finalnej wersji filmu. Były zbyt oczywiste i konkretne, miałem wrażenie, że opowiadają jakby o innych ludziach. Wykorzystanie ich oznaczałoby, że chcemy stanąć po jakieś określonej stronie, a my nie chcieliśmy wydawać tym filmem żadnych sądów. Na przykład wyrzuciliśmy niektóre nudne w naszym przeświadczeniu i zawstydzające momenty, takie jak nieprzerwane udawadnianie portugalskiej służbie zdrowia, że potrzebujemy leków na HIV. Jeśli jednak chodzi o nasze prywatne życie, ja i Nuno właściwie nie ustaliliśmy żadnych granic. Jedynie raz na jakiś czas on stopował mnie, żebym nie mówił za wiele przed kamerą, bo wtedy słowa tracą znaczenie. Przypominał mi, żebym formułował wypowiedzi spójne i zwięzłe.

Układając potem materiał planowaliście w jakiś szczególny sposób jego formę?

Przyznam szczerze, że nie poświęciliśmy zbyt dużo czasu na „wymyślanie” tego filmu. Mieliśmy kilka pomysłów stanowiących dla nas punkty odniesienia, ale nasza metoda pracy była stosunkowo prosta: zawsze mieliśmy ze sobą kamerę i kręciliśmy to, jak biegnie nasze życie. Nie uważamy siebie za profesjonalistów, jesteśmy amatorami jeśli chodzi o sposób w jaki angażujemy się w projekty – wybieramy po prostu te, które kochamy. Zrobienie tego dokumentu było dla mnie podjęciem drogi do wyzwolenia – wyzwolenia od samego siebie, ze swojego przeznaczenia, z którym konfrontuję się każdego dnia. Wychodzę z założenia, że z pomocą kamery chcę oswoić ze światem i pomóc światu oswoić się z mną. Film jest tylko iskrą, odłamkiem tego niekończącego się procesu.

Czy robiąc tak intymny film, chciałbyś, żeby widz zatrzymał z niego coś konkretnego?

Myślę, że każdy zatrzyma z niego coś innego. Coś, co interesuje tylko tego danego widza i łączy się z jego doświadczeniami, albo kojarzy mu się z przeżyciami jego bliskich. Nie wiem, czy to czytelne i ważne dla innych ludzi, ale my, jako twórcy, za główny cel postawiliśmy sobie ukazanie uniwersalnego problemu poprzez zupełnie osobistą perspektywę i prywatne na niego spojrzenie. Wszystko jest w nim takie, jak widzimy to Nuno i ja. Ten film stał się dla nas zderzeniem dwóch różnych wrażliwości, zbioru doświadczeń, naszego prywatnego odbierania czasu i przestrzeni. W wielu momentach zamiast konfliktu uzyskaliśmy jakby list miłosny wysyłany do drugiej strony, do osoby nam bliskiej, dając jej dowód jak inaczej postrzegamy obrazy, jak inaczej myślimy. A jednocześnie jak mimo tych różnic jesteśmy w stanie się spotkać i być ze sobą.■

Rozmawiała: Urszula Lipińska


Written by redakcja