cinema2002

Chronic, dir. Michel Franco│„Według mnie, śmierć i ukazuje się w kinie w sposób kompletnie przekłamany. Ludzie niezwykle rzadko umierają w spokoju, pogodzeni ze sobą i otoczeni wianuszkiem kochającej rodziny. Znacznie częściej to moment okrutnej udręki, poczucia winy i żalu” – mówi Michel Franco, autor „Chronic”.

Skąd przyszedł do ciebie pomysł na „Chronic”?
Z mojego osobistego doświadczenia. W 2010 roku moja babcia dostała wylewu, który przykuł ją do łóżka na dobre. Nie byliśmy sobie sami w stanie z nią poradzić, więc zatrudniliśmy pielęgniarkę. Kobieta, która przyszła opiekować się babcią od początku przykuła moją uwagę. Zacząłem się zastanawiać jakim człowiekiem musi być całe życie spędzając tak blisko śmierci? Dlaczego się na to zdecydowała? Czy potrafi po pracy tak po prostu iść do domu i zjeść z rodziną kolację, nie przeżywając dramatu ciężkiej choroby osoby, którą się opiekuje w ciągu dnia? Jednocześnie interesowało mnie, jak taki człowiek, wiążąc się z pacjentem bliską więzią cielesną i duchową potrafi ustalić dla tej bliskości rozsądną granicę. Na bazie tych pytań zacząłem pisać fikcyjną historię o samotnej pielęgniarce opiekującej się kilkoma pacjentami.

Co w czasie obserwacji pielęgniarki twojej babci uderzyło cię najbardziej?
To, że gdy ta kobieta stała się mojej babci bliższa w ciągu kilku dni, nasza rodzina nagle stała się w tym samym czasie nierozumiejącą jej grupą obcych ludzi. Pielęgniarka znała potrzeby mojej babci nawet gdy ta nie potrafiła wydać z siebie słowa, miała z nią najintymniejszy kontakt z nas wszystkich. Wystarczyło, że na nią spojrzała i wiedziała, jak jej pomóc. Jej obecność drastycznie zmieniała układ sił w domu, bo nagle ona miała prawo nas odsunąć i wyprosić z pokoju gdy np. chciała umyć babcię. Odczuwa się wtedy dziwne ukucie zazdrości, że ten człowiek jest z twoją rodziną bliżej niż ty, potrafi się z nią porozumieć i przynieść jej choć odrobinę ulgi, podczas gdy ja jestem bezradny.

Czy badałeś potem w jakiś szczególny sposób środowisko pielęgniarzy?
Cześć przygotowań przydarzyła mi się mimochodem, kiedy obserwowałem odchodzenie mojej babci. Ale to były tylko luźne przemyślenia, które potem rozwijałem podczas licznych rozmów z ludźmi uprawiającymi ten zawód. Zbierałem konkretne przypadki i szczegółowe informacje. Nieocenioną pomoc niósł również Tim Roth, który aby zagrać główną rolę praktycznie stał się pielęgniarzem. Nauczył się myć chorych niemogących się samodzielnie poruszać, opanował sposób w jaki rozmawia się z umierającymi. I dzwonił do mnie każdego dnia wieczorem i dzielił się wrażeniami z tego, co zaobserwował pracując z pielęgniarzami. Jego spostrzeżenia wpisywałem do scenariusza, uzupełniałem go, przekształcałem.

Jak udało ci się pozyskać do filmu tak znanego aktora jak Tim Roth?
Kiedy wymyśliłem tę historię miałem w głowie raczej kobietę jako główną bohaterkę i planowałem nakręcić film w Meksyku – tak jak wszystkie pozostałe. Ale potem wygrałem nagrodę na festiwalu filmowym w Cannes i wtedy wszystko się zmieniło. Na czele jury, które mi ją przyznało stał właśnie Tim Roth. Tim podszedł do mnie z gratulacjami na zamknięciu festiwalu. Długo wtedy rozmawialiśmy i on wprost zapytał o czym będzie mój następny film. Powiedziałem, że o kobiecie opiekującej się śmiertelnie chorymi. Tim odparł, że jeśli zamienię głównego bohatera na mężczyznę, on chętnie w nim zagra. Propozycja była tak kusząca, że nawet przez chwilę nie pomyślałem, że mógłbym tego nie zrobić. Wraz z jego przyłączeniem się do projektu przyszedł pomysł zrealizowania filmu w Stanach Zjednoczonych. A to już wymagało licznych przeobrażeń w scenariuszu, bo to zupełnie inne realia niż te panujące w moim kraju.

Grana przez Tima Rotha postać to nie anioł niosący ukojenie, ale skomplikowany, zamknięty w sobie człowiek, którego trudno jednoznacznie ocenić.
Zależało mi na tym, żeby to nie była oczywista, przezroczysta, przepełniona dobrem postać. Mając na pokładzie aktora tej klasy co Tim mogłem uczynić ją bardziej niejednoznaczną. Grany przez niego David w oczywisty sposób niesie pomoc, jest w tym szalenie ludzki, cierpliwy i wytrzymały. Ale z drugiej strony, tkwi w nim coś obrzydliwego, oślizgłego, jakąś przeszłość, której mroku nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Chciałem, żeby mimo wykonywanego przez niego zawodu był on jednocześnie człowiekiem, którego nie chciałbym dopuścić blisko swojej rodziny, albo przynajmniej nie zrobiłbym tego bez obaw. Żeby on miał w sobie rys nieczystych, niepewnych zamiarów skrytych pod obezwładniającym spokojem jego zachowania.

Czy David wybierając zawód pielęgniarza nie próbuje się właśnie z tą mroczna przeszłością rozliczyć, odkupić jakieś winy?
Myślę, że on stara się znaleźć samego siebie poprzez pomoc innym ludziom i opiekę nad nimi. Tyle, że przechodzi przez ten proces w sposób, jaki nie ma prawa doprowadzić go do sukcesu. Kłamie, nie potrafi nie przekroczyć zawodowej granicy z klientami, manipuluje faktami. W rzekomo nowym życiu próbuje odkupić winy popełniając prawdopodobnie te same błędy.

Czy poza ciągłym krążeniem wokół śmierci ten zawód jest trudny także ze względu na etyczne wybory przed którymi staje pielęgniarz?
Zaintrygowało mnie to jak bardzo człowiek pracujący jako opiekun kieruje się jakimś kodeksem zachowania wobec pacjenta, a jak bardzo reaguje na niego w sposób zwyczajnie ludzki. W moim filmie ten dylemat objawia się kilka razy, m.in. wtedy, gdy bohater zostaje poproszony przez chorą na raka dziewczynę o pomoc w odejściu. On wie, że to jedyny moment, kiedy ona może zrobić to godnie i zadecydować sama – a nie pozwolić, aby zadecydował za nią los, skazujący ją być może na kolejne miesiąc strasznego cierpienia, które i tak ostatecznie ją zabije. Mnie przede wszystkim interesował wpływ tak bliskiej relacji z pacjentami na pielęgniarzy. To nie jest przecież zawód – i wiele osób go uprawiających potwierdziło to – po którym można wrócić wieczorem do domu nie odczuwając niepokoju i po prostu zająć myśli czymś innym. Towarzyszenie w tak przełomowym okresie, jak choroba, z której nie wiadomo czy uda się wyzdrowieć, łączy ludzi bardzo mocną więzią. Trudno wobec niej pozostać „profesjonalnym”, czyli w jakiś sposób obojętnym. Przygotowując się do filmu odkrywałem najróżniejsze przypadki kontynuacji relacji między opiekunem a pacjentem, z których bodaj najbardziej skrajnym był ślub. Pielęgniarka zajmująca się moją babcią też tak po prostu nie odeszła po jej śmierci – przyszła na pogrzeb i żegnała się z babcią, jak z członkiem własnej rodziny.

W twoim poprzednim filmie istotnym tematem była żałoba ojca i córki po odejściu matki, „Chronic” też przesycony śmiercią i myśleniem o odchodzeniu. Dlaczego te motywy tak bardzo cię zajmują?
Pewnie także dlatego, że ten temat ukazuje się w kinie w sposób kompletnie przekłamany. Wydaje mi się, że ludzie niezwykle rzadko umierają w spokoju, pogodzeni ze sobą i otoczeni wianuszkiem kochającej rodziny. Znacznie częściej to moment okrutnej udręki, poczucia winy i żalu. Pamiętając o śmierci ma się zupełnie inne podejście do życia i bez myślenia o niej życia nie da się zrozumieć – takie jest moje zdanie. Ale mogę też dodać, że z mojego zajmowania się śmiercią w kinie nie wyniknęło żadne z nią oswojenie. Wciąż boję się jej tak samo, jak przed nakręceniem tych filmów.

Rozmawiała: Urszula Lipińska


 

Written by redakcja