filmarabian_1280x720

Arabian Nights: Volume 1-3, dir. Miguel Gomes│ „Portugalia to mały kraj, ale trudno go zsumować w ładne, okrągłe refleksje. Jak tylko odkrywałem jedną rzecz, na raz dochodziłem do odkrycia zupełnie przeciwnego. Rano myślałem, że wiem o co chodzi w moim kraju, przy obiedzie – nie byłem już tego taki pewien. Albo miałem przeczucie, że chodzi o coś zupełnie innego. Cały czas byłem zaskakiwany i po ponad roku prac nad tym filmem mogę powiedzieć tylko jedno: znam naturę mojego państwa na wylot i nie znam jej w ogóle” – przekonuje Miguel Gomes, autor tryptyku „Arabian Nights”.

Czy masz poczucie, że reżyserowanie to przedłużenie twojej pracy jako krytyka filmowego?
Nie, krytykiem filmowym byłem w minionej erze.

Na początku prac nad „Arabian Nights” nie przewidywałeś, że projekt aż tak się rozrośnie. Co było w nim największym wyzwaniem?
Najtrudniejsze w tym wszystkim było po prostu przetrwać. Równolegle robiliśmy trzy filmy i nikt tak naprawdę nie wiedział co to znaczy – przecież mieliśmy robić jeden. Planowane dwanaście miesięcy zdjęć rozciągało się niemiłosiernie, a styl pracy nad tym filmem podsuwał nam wciąż nowe historie. Zależało mi na tym, że to był sugestywny portret sytuacji, w jakiej znalazła się Portugalia, więc starałem się nad materiałem zapanować. Tylko jak ja mogłem usiąść z aktorami i cokolwiek zaplanować nie wiedząc, w jakim świecie obudzę się jutro? Pozostało mi więc tylko gonienie za tym, co dzieje się w kraju i ta konieczność podążania za wydarzeniami napawała mnie przerażeniem.

Czego w splocie bieżących wydarzeń i bajkowych legend konkretnie szukałeś?
Ten film wyrósł z pomysłu opowiedzenia o konkretnym państwem w konkretnym momencie historii. Mając taki zamiar, przeczuwałem, że nie mogę tylko filmować tego, co dzieje się dookoła, ale też wejść w filmową tkankę w sposób kreacyjny. Kreować historię, a nie tylko przedstawiać rzeczywistość. Inaczej ten film byłby martwy, nie uchwyciłby żadnych strachów, pragnień czy dylematów towarzyszących naszej obecnej sytuacji.

Nie uchwyciłbyś portugalskiej duszy?
To mały kraj, ale trudno go zsumować w ładne, okrągłe refleksje. Jak tylko odkrywałem jedną rzecz, na raz dochodziłem do odkrycia zupełnie przeciwnego. Rano myślałem, że wiem o co chodzi w moim kraju, przy obiedzie – nie byłem już tego taki pewien. Albo miałem przeczucie, że chodzi o coś zupełnie innego. Cały czas byłem zaskakiwany i po ponad roku prac nad tym filmem mogę powiedzieć tylko jedno: znam naturę mojego państwa na wylot i nie znam jej w ogóle.

W jaki sposób wybierałeś anegdoty do filmu?
Pracował ze mną sztab dziennikarzy, którzy każdego tygodnia spotykali się ze mną i z moją ekipą, zdając relację z tego, co się dzieje w kraju. Wtedy decydowaliśmy gdzie chcemy podążyć. Prawdę powiedziawszy, potem zaczęło to działać jak samonapędzający się system. Jechaliśmy do jednego miejsca coś nagrać, a tam dowiadywaliśmy się o innej historii dziejącej się w miasteczku obok. Jeśli miałbym powiedzieć, jakie poczucie towarzyszyło mi nieprzerwanie podczas tej spektakularnej podróży przez Portugalię to było to poczucie sprzeczności. Nieprzerwanie napotykałem historie, które były swoim przeciwieństwem.

Masz poczucie, że kręciłeś ten film z pozycji obserwatora, outsidera przyglądającego się własnemu krajowi, jakby nie był jego częścią?
Jestem Portugalczykiem, na dodatek pojawiam się w tym filmie osobiście. Trudno mi zatem ukryć mój osobisty stosunek do przedstawionego świata. Jasne, że to, co gram jest bardziej podobne do bajek niż do mnie samego, ale miejsce ustawienia samego siebie wobec filmowanych wydarzeń faktycznie było dla mnie zagwozdką. Z jednej strony, chciałem, żeby materiał był nasycony konkretnymi emocjami, z drugiej – żeby reprezentował pewien dystans. I mam wrażenie, że na przestrzeni całego filmu to się zmienia i przeplata. Czasem jestem temu, co dzieje się na ekranie bliski, czasem bardzo daleki.

Czy Portugalia wyglądała dla ciebie inaczej kiedy zaczynałeś zdjęcia, a inaczej kiedy oglądałeś gotowe już „Arabian Nights”?
Z pewnością tak, choć to chyba była bardziej kwestia skonfrontowania się z czymś, co przeczuwałem, pokazanym na ekranie. Mamy w Portugalii ciekawy sposób mówienia o sobie i swoich słabościach. Taki Manoel de Oliveira, ten, o którym myśleliśmy, że jest nieśmiertelny, a on raczył umrzeć w zeszłym roku, zrobił kiedyś film „No, or the Vain Glory of Command”. To ciekawa rzecz, bardzo epicka, pokazująca osiemset lat portugalskiej historii z punktu widzenia wszystkich wojen, które Portugalczycy przegrali. Po prostu w jednym filmie de Oliveira zebrał wszystkie nasze porażki. Myślę, że to dużo mówi o naszej relacji ze słabościami i niemożności mówienia o zwycięstwach. A przecież ich w naszej historii nie brakowało, mieliśmy okresy kiedy nam się naprawdę nieźle powodziło – wtedy nikt filmów o tym nie robił. Nikt ich nie robił też kiedy jeszcze niedawno na świecie funkcjonował obraz Portugalii wielkiej i pełnej sukcesów. Byliśmy stawiani naprzeciwko Grecji, którą uważano za złego ucznia. My byliśmy tym dobrym, godnym naśladowania studentem. Pominę idiotyzm nazywania krajów na „dobrymi” i „złymi” uczniami, oraz dywagacje kto w tym układzie jest profesorem, ważne jest to, że kino tego momentu nie zapisało. Więc teraz zapanowało zaskoczenie, że wszędzie w Europie wszystko idzie źle, jakoś tak nagle. Więc chciałbym podkreślić, że nagle ten przewrót się nie wydarzył. To były lata pikowania w dół. Teraz to się po prostu skumulowało. W moim filmie jest dużo myślenia pesymistycznego, mrocznego i smutnego. Ale są też momenty zaczarowane. W kraju przecież oba nastroje towarzyszą nam na co dzień, nie jesteśmy ludźmi jednej myśli i jednego uczucia. Zmieniamy zdanie i dobrze, żebyśmy zdawali sobie z tego sprawę. Losy też zmieniamy. ■

Rozmawiała: Urszula Lipińska


Written by redakcja