film_05252016_anderson_chavelier_strand_releasing

Chevalier, reż. Athina Rachel Tsangari │„Kiedy pisałam ten scenariusz, starałam się uniknąć dosłownych odniesień do aktualnej sytuacji w Grecji. Jestem przerażona różnymi rzeczami, które dzieją się wokół mnie, ale w sztuce skłaniam się ku abstrakcji” – mówi Athina Rachel Tsangari, autorka „Chevalier”.

Często pytają cię dlaczego w „Chevalier” nie ma kobiet?

Tak, bardzo często. Odpowiedź jest prosta: nawet gdybym na tym jachcie umieściła kotkę, dynamikę relacji między bohaterami zmieniłaby się. Każdy z bohaterów próbował ją uwieść, złapać, przywłaszczyć sobie; wszyscy między sobą rywalizowaliby o jej względy. „Chevalier” stałby się wtedy filmem podobnym do zwykłej komedii romantycznej o mężczyznach próbujących zawładnąć sercem dziewczyny.

Łatwo było ci okiełznać na planie grupę mężczyzn?

To faktycznie było wyzwanie stać się liderem dla grupy facetów. Ale dla mnie walka nigdy nie odbywa się w płaszczyźnie płciowej. Nigdy nie miałam poczucia, że muszę o coś walczyć bo jestem kobietą. Raczej odnoszę za każdym razem wrażenie, że muszę walczyć jako człowiek. Jeśli chodzi o kręcenie „Chevalier” to było dla mnie wspaniałe, wartościowe doświadczenie. Niezwykle oczyszczające. Idąc na plan byłam przerażona. Myślałam, że mnie tam zlinczują. Przeklinałam siebie za zatrudnienie najbardziej skomplikowanych osobowości, jakie udało mi się znaleźć w Grecji. Wiedziałam, że ci artyści są cholernie trudni, aroganccy i że praca nad tym filmem będzie torturą. Trudno było mi też przewidzieć jak oni sami będą między sobą kolaborować, na ile otworzą się przed sobą i pozwolą sobie okazać wrażliwość. Przeszliśmy razem długi proces zadawania sobie pytań i dyskutowania, żeby dotrzeć się w tej kolaboracji i osiągnąć wspólnotę. Każdy film jest jak pójście na wojnę. Ale jak dobrze ustalisz reguły tej wojny – wyjdziesz z niej zwycięsko.

Mężczyzn z twojego filmu odczytuję jako pokiereszowanych bohaterów, którzy kryją się na jachcie tylko dlatego, że już tylko poza oczami społeczeństwa mogą spełniać się w roli dominujących liderów greckiego narodu. Czy taka była twoja intencja?

Kiedy pisałam ten scenariusz, starałam się uniknąć literalnych odniesień do aktualnej sytuacji w moim kraju. Jestem przerażona różnymi rzeczami, które dzieją się wokół mnie, ale w sztuce skłaniam się ku abstrakcji. Jeśli kiedykolwiek posunęłabym się do zrobienia filmu będącego doraźnym komentarzem do rzeczywistości – odczuwałabym to jako porażkę. Jestem za tym, żebyśmy jako społeczeństwa się odpolityczniali i jak najbardziej angażowali we własne sprawy. To zrobi różnicę. Ja już nie wierzę w idee wielkich rządów, które uchronią nas przed turbulencjami. Rządy zmierzają teraz raczej w stronę reżimów, a karty rozdaje finansjera, która realizuje własne interesy pod płaszczykiem rządowych projektów.  Kiedy byłam młoda byłam strasznie rozpolityczniona i nieprzerwanie o coś walczyłam. A potem przeniosłam się do Stanów Zjednoczonych i będąc studentką zobaczyłam uliczny protest – mała grupa ludzi przeciwko wielkiemu koncernowi. Wtedy zrozumiałam, że jestem w stanie coś zmienić z poziomu ulicy i nie muszę być politykiem. Muszę zacząć od siebie i swojego sąsiedztwa. Małym kroczkami, mały gestami można osiągnąć znacznie więcej.

Robiąc filmy też możesz dokonywać takich małych gestów?

Oczywiście! Jeżdżąc z filmem po świecie często przychodzi mi odpowiadać na pytania o sytuację w moim kraju. Faktycznie, od pewnego czasu mówieniu o nim towarzyszy większa odpowiedzialność. Dla mnie to ważne, żeby budować relację z publicznością, ale istotne jest też, żeby budować w ludziach świadomość tego, co dzieje się w Grecji. Przecież to państwo w ciągu kilku miesięcy może zniknąć z mapy i nikt tego nie zauważy. No może poza tymi trzema miesiącami wakacji, kiedy trzeba będzie wybrać inną destynację na wypoczynek. W obliczu takiego zagrożenia nieważne dotąd rzeczy zyskują znaczenie. Np. robienie filmu po grecku, w momencie kiedy kraj jest w odwrocie, staje się utrwalaniem czegoś szalenie kruchego.

Od lat pracujesz „Ducheronem”, ogromnym projektem science-fiction. Czy ten projekt też ewoluuje w związku z przemianami w twojej ojczyźnie?

„Ducheron” zajmie mi dużo czasu, dlatego przed nim robię inny film, „White Knuckles”.  Przy „Ducheronie” trzeba zbudować od początku cały świat, każda rzecz musi tu zostać wymyślona, wykreowana, a na dodatek ostatnio Ridley Scott zrobił „Marsjanina” – okazało się, że tam są pewne pomysły, które miałam na swój film. Będę więc musiała trochę pozmieniać, ale cieszę się, bo to zawsze dobra zabawa.

Rozmawiała: Urszula Lipińska


 

Written by redakcja