antonia_lindacaridi_mg_151250. Karlovy Vary IFF │Nostalgia odmieniona przez przypadki stała się głównym tematem filmów zebranych w Konkursie Głównym 50. Festiwalu Filmowego w Karlovych Varach. Objawiała się ona na różne sposoby, w różnych estetycznych i gatunkowych wydaniach. Bardzo rzadko jednak znajdywała łączność z teraźniejszością – chyba, że jako przykład tego policzymy nieokiełznaną komedię Dietricha Bruggermana, „Heil”.

Kino utkane z koronki, czego najpiękniejszym przykładem była startująca w konkursie głównym „Antonia” Ferdinando Cito Filomarino, nie zdarza się dziś często. Ulotne, subtelne, osnute mgiełką niewinności. Ujmujące się za zapomnianą poetką, Antonią Pozzi, jedynie pozornie ujmowaną w sposób stereotypowy – powierzchownie bowiem rzecz wygląda tendencyjnie. Przestrzenny dom, romantyczne sukienki haftami, pukle włosów upinane w skrupulatne koki i poświata harmonijnego życia przykrywają rzeczywistość zgoła odwrotną. Sercem bohaterki targają sprzeczne uczucia, głowa nie daje spokoju, pamięć wciąż nie pozwala ruszyć do przodu, a i przyszłość nie wygląda obiecująco. Jedyną ucieczką Antonii od tego wewnętrznego konfliktu jest poezja, nieśmiało pomagająca chaos oswoić, na chwilę uciszyć, przeżyć kolejny dzień. Ale mimo to, czas ciągnie się w tym filmie powolnym, leniwym ruchem, w rytm krążącego po domu kurzu. Każde cierpienie rozwleka się na długie, niekończące się sekundy.

Jeśli była w konkursie głównym jeszcze jakąś historia, która poszukiwała podobnego języka dla opisania zniuansowanych emocji, to był to z pewnością „Babai” Visara Morina. Opowieść o kruchości rodzinnych więzi w świecie politycznego konfliktu niejednokrotnie popadała mimo to w sentymentalizm, ryzykownie obsadzając w roli głównej dziecko. O ile więc dzięki temu reżyser na początku zyskał współczucie dla dramatu małego Nori, o tyle później nie wiedział, co z tym zrobić. Świat głównego bohatera nie wzbogaca się bowiem w miarę rozwoju filmu, toczy się monotonnie, uderza w łatwe wzruszenia i prosi o więcej miłosierdzia – niewiele ofiarując w zamian. Nie błagalny ton Morina był jednak w tegorocznej stawce najgorszy. Dużo bardziej irytowały puste metafory w filmie Petera Brunnera („Those Who Fall Have Wings”), dziecinna wulgarność u Jana Prušinovskýego („The Snake Brothers”), przezroczysta poetyckość autorstwa Evy Neymann („Song of Songs”), stereotypowość świata u Françoisa Péloquina („The Sound of Trees”) czy telewizyjna melodramatyczność obecna w filmie Slávka Horáka („Home Care”).

W obliczu tych oczywistych niepowodzeń, ambicją błysnął „Box” Florina Şerbana oferujący nietypowe zderzenie. Bohaterem filmu jest młody bokser, spędzający całe dnie na ringu i nie dostrzegający wiele świata poza swoją pasją. Z drugiej strony, gdzieś bocznym torem, toczy się historia trzydziestoletniej matki, usiłującą przebić się przez trudny życiowy moment. Mimo, że oboje pochodzą z grup społecznych nie poddających swoich działań refleksji, a raczej próbujących wyżyć z dnia na dzień, Şerban opowiadając ich historię w duchu rumuńskiego minimalizmu, nadaje losom bohaterów wymiar niemal mistyczny. Obserwowani okiem spokojnej kamery, skupieni na celu, wydrążeni jakby z duchowości ludzie wydają się w filmie funkcjonować w jakieś osobnej, alternatywnej rzeczywistości. Unosić się gdzieś wysoko ponad przyziemnymi sprawami, przez pryzmat których portretuje ich reżyser.

Red Spider

Ten osobliwy duch – w dużo jednak lepszym wykonaniu – towarzyszył seansowi „Czerwonego pająka” Marcina Koszałki. W tym starannie zaprojektowanym filmie – koncepcie, chłodnym studium mordercy bez właściwości, duchowa otoczka wdziera się w tkankę fabuły wbrew wszystkiemu. Wbrew skupionej twarzy Karola Kota, młodego pływaka zafascynowanego dźwiękiem młotka rozbijającego czaszkę. Wbrew niezachwianej poczciwości Lucjana Stańca, krakowskiego weterynarza, po zmroku prowadzącego drugie życie seryjnego zbrodniarza. Wbrew okrytemu mgłą ponurości świata lat sześćdziesiątych, zapraszającego do zbrodni obietnicą, że w ów mgle ukryje się każdy, mniejszy lub większy, ludzki grzech. Koszałka oddając w każdym, zmysłowym detalu relację dwóch złoczyńców, wspina się nieoczekiwanie na poziom pewnej duchowości; potrzeby nie tylko umysłu, ale i ducha, aby zbrodni dotknąć bliżej, musnąć ją palcem, przyjrzeć się jej dokładnie.

Już samo oddanie reżysera tematowi było dla konkursu głównego wybitnym wyjątkiem – ukochaną wśród autorów filmów postawą była jednak powierzchowność, prześlizgnięcie się po sprawie, przedstawienie jej kroku po kroku, pozbawione chęci głębszego w nią wniknięcia. Oprócz Koszałki, próbą zmysłowego ujęcia podjętego tematu wyróżniał się jeszcze Daniel Dencik, twórca „Gold Coast”. Udało mu się jednak osiągnąć jakość na poziomie kilku scen – sugestywnie pokazać na ekranie cielesność, oślizgłość, brud towarzyszące kolonizacji małej wysepki nieopodal Danii, gdzie ideały młodego oficera zderzają się z brutalnością jego kompanów.

Wyższy cel zdawał się również przyświecać Ance Damian, autorce „The Magic Mountain”, która tym razem w kombinowanej z wielu metod animacji opowiedziała losy fotografa Adama Winklera. Jej film śmiało kontynuuje linię obraną przy „Drodze na druga stronę”, zarówno od strony estetycznej, jak i fabularnej. Winkler to bowiem kolejna postać splatająca w swojej biografii wątki politycznej opowieści o czymś więcej niż tylko pojedynczym życiu naznaczonym wyjątkowością. Jego losy rozpinają się na kilka barwnych dekad i szerokości geograficznych, nie znają ograniczeń, spinają przewroty kraju i narodu polskiego z osobistą historią. Choć Damian poświęca uwagę głównie temu drugiemu wymiarowi, uciec od pierwszego się nie da. Siłą rzeczy, „The Magic Mountain” układa się więc także w unikatowy opis Polski lat osiemdziesiątych widzianej oczami reżyserki z zewnątrz i na dodatek obserwującej kraj przez pryzmat konkretnej postaci – z jej emocjonalnymi stanami, marzeniami, porażkami i sukcesami.

MM4

Na podobnym pomyśle – choć o znacznie skromniejszych ambicjach – potknął się Diego Ongaro, autor nagrodzonego Złotym Globusem „Bob and the Trees”. On również przyjmuje postawę ukazywania świata z perspektywy jednej postaci, tytułowego Boba, mieszkańca lasu o nadzwyczajnych pasjach i niechęci do funkcjonowania w społeczeństwie. Tu jednak eksperyment nie do końca się udał, bo główny bohater należy do średnio charyzmatycznych. Zawadza mu przede wszystkim nieautentyczność. Reżyser stara się przełamać dokumentalistyczny charakter fabularnymi zagrywkami i to go gubi. Bob, postać na poły rzeczywista, na poły wymyślona, niby fascynuje, czasami nudzi, ale przede wszystkim wprawia w zakłopotanie będąc zmanipulowaną przez reżysera, raz po raz domagającego się filmu ciekawszego niż talent by mu pozwalał.

Wśród zdominowanego przez poezję wszelaką Konkursu Głównego, komedia „Heil” Dietricha Brüggemanna wyróżniała się już od początku. Dosłownie wszystkim. Od dzikiego montażu, po niewybredny humor, silne osadzenie w teraźniejszości (za to z konkretnymi odwołaniami do przeszłości) i przyciężki rys postaci. Trudno w tym dostrzec rękę twórcy „Drogi krzyżowej” – tak bardzo wszystko jest tu inne. Trudno ujrzeć delikatność i wgląd w postacie – większość z nich to żądne sławy i władzy kreatury zderzone ze skrzyżowaniem hipsterów z neonazistami (czyli nipsterami). Sama mieszanka przyprawia o zawrót głowy, podobnie jak cały film, atakujący bezpardonowo zarówno wszystkie zmysły widza, jak i dobry gust oraz poczucie smaku. Dokonuje tego na rzecz zrobienia niespecjalnie śmiesznej komedii z typowo przyciężkim niemieckim humorem. Udało się Brüggemannowi jedno: wyróżnić się w tłumie, wybić z filmów zbliżonych w tonie i powadze, zakołysać spokojem kutym przez powolnie rozwijające się fabuły. Ustawić się w kontrze do nich, ale jednocześnie udowodnić, że w opisywaniu rzeczywistości komedia nie dysponuje lepszymi czy bardziej skutecznymi narzędziami. Potyka się tak samo jak dramat czy kino obyczajowe, mierzy z podobnymi trudnościami, a może nawet ryzykuje więcej. I że tak jak w przypadku poważnych filmów tak i tu – styl może wywindować pretekstową historię na wyżyny, a może ściągnąć ją między kino zupełnie chybione. ■

Urszula Lipińska


│Artykuł powstał dzięki uprzejmości│

kviff_logo

Written by redakcja