16135-Pasolini_9_-_W._Dafoe

Pasolini, dir. Abel Ferrara│„Mimo, że spędziłem z Pasolinim za pośrednictwem jego twórczości wiele czasu, mam poczucie, że nie udało mi się wejść do jego duszy. To po prostu niemożliwe” – mówi Abel Ferrara, autor „Pasoliniego” z Willemem Dafoe w roli głównej.

W ostatnim wywiadzie udzielonym w 1975 roku Pasolini mówił, że zbliżamy się do apokalipsy. Miał rację?
On był bardzo dobrym prorokiem, przeczuwał konsekwencje rozmaitych ruchów politycznych i przewidział obecny chaos. Nie potrafię w swojej głowie rozdzielić Pasoliniego-artysty i Pasoliniego-myśliciela. Dla mnie to, co pisał w swoich felietonach i artykułach znajduje odbicie w jego kinie. Niektóre z tych celnych obserwacji są przerażające aktualne. Robiąc o nim film, przebijając się przez cały dorobek tego twórcy, nie opuszczało mnie wrażenie, że ludzie są dziś bardzo nieświadomi siebie jako części jednego wielkiego globalnego społeczeństwa. Wszystko, co dzieje się wokół nas, czy to w Stanach Zjednoczonych czy na Ukrainie, wchodzi z nami w interakcję, oddziałuje na nas. Każdego z nas to dotyczy, bo istniejemy na jednakowych, uniwersalnych warunkach funkcjonowania w tej światowej strukturze. Nie możesz schować się za żadnym murem, nie możesz skryć się w żadnej komunie i udać, że cię to nie dotyczy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto przekona ludzi, że potrzebują czegoś, czego nie mają i będzie na tyle przekonywujący, że oni zgodzą się przyłożyć broń do twojej skroni, żeby tylko to coś uzyskać. Nie będzie wtedy żadnej policji, która kogokolwiek ochroni. Każdy będzie musiał stanąć po którejś ze stron.

Twoje filmy o apokalipsie opowiadają już od dawna. Jesteśmy teraz bliżej końca?
Od kiedy wybuchnął konsumpcjonizm, który uważam za największą tragedię współczesności, zmierzamy po równi pochyłej. Ostatnio ktoś mi powiedział, że w moich filmach wszechobecny jest motyw odliczania, zegara odmierzającego minuty do końca świata. Jeśli tak jest, to stało się to podświadomie, zgodzę się jednak ze spostrzeżeniem, że generalnie skłaniam się ku apokalipsie. Na końcu prawie każdego z moich filmów ktoś umiera. Niedawno rozważano, czy nie powinienem zrobić kontynuacji „Króla Nowego Jorku”, na szczęście okazało się, że zostawiłem przy życiu jedną mało atrakcyjną postać. Reszta została zabita. W „4:44. Ostatnim dniu na ziemi” zgładziłem całą ludzkość i zmiotłem wszystko. „Mona Lisę”, filmy Quentina Tarantino, malunki z jaskini Lascaux, zbiory Luwru. Nic nie zostało. Myśląc o tym czuję, że urosłem jako artysta przynajmniej w spektakularności sianej przez siebie zagłady.

„Pasolini” opowiada o ostatnim dniu życia reżysera, choć trudno zauważyć jakoby odliczał on do śmierci. W ostatnim ujęciu pokazujesz kalendarz Pasoliniego na następne dni. Pełny planów i spotkań.
To prawda, on nie spodziewał się śmierci, a na pewno jej nie planował – choć niektórzy wciąż spierają się, czy Pasolini nie popełnił samobójstwa swingując własne morderstwo. Jego geniusz byłoby pewnie na to stać, ale ja nie potrafię sobie tego wyobrazić. On miał za dużo pomysłów na przyszłość, był człowiekiem w procesie ciągłej zmiany. Nieprzerwanie gnał do przodu. Po udzieleniu tego ostatniego wywiadu, powiedział przeprowadzającemu go z nim dziennikarzowi, że jeszcze chciałby poczynić w nim zmiany, coś dodać. To nie są słowa osoby, która myśli, że zaraz odbierze sobie życie. Pasolini był wtedy w toku prac nad powieścią, pozostawił po sobie napisane już 1700 stron, dwa gotowe scenariusze, mnóstwo notatek, nagrań z pomysłami. Był nad-człowiekiem z ogromnym apetytem na rozwój i wielką potrzebą dzielenia się swoimi przemyśleniami.

Co twoim zdaniem stanowiło o jego geniuszu?
Mimo, że spędziłem z Pasolinim za pośrednictwem jego twórczości wiele czasu, mam poczucie, że nie udało mi się wejść do jego duszy. To po prostu niemożliwe. On skupiał się na pracy, tak niezwykle spójnej z jego prywatnym życiem. Co mogło stanowić o jego geniuszu? Dobre pytanie. Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że miało na to wpływ środowisko, w którym dorastał. Uczył się na najlepszych uniwersytetach, wychował się do dobrej literaturze. Jego codziennością był piękny język, pogłębiona myśl, ferwor dyskusji na bieżące tematy, poezja. Rzeczywistość Pasoliniego przesycona była mądrością. Odnoszę wrażenie, że on był myślicielem od pierwszego dnia swojego życia.

Żył w czasach, dzięki którym mógł kwitnąć jako reżyser i pisarz?
Zdecydowanie tak. Artyści byli wtedy wszędzie. Pasolini moim zdaniem był ojcem chrzestnym świetności kina wczesnych lat 70. Sam rządził we Włoszech, w Niemczech pracowali wtedy Wenders i Fassbinder, Bergman nie miał problemu z zebraniem kasy na swoje filmy. Niesamowite, jak wtedy ceniono artystów, oni robili arcydzieło za arcydziełem. Cieszyli się szacunkiem i nie musieli chodzić na jakieś okropne kompromisy, szukać pieniędzy, dystrybuować, promować i robić wszystko dookoła swoich filmów. Zazdroszczę im. Ja swój przedostatni film, „Witamy w Nowym Yorku”, zrobiłem tylko dlatego, że Gerard Depardieu nie wziął swojej gaży i sam zdobył pieniądze na produkcję – i dla spokoju ducha nie chcę nawet wiedzieć skąd je wziął. Czasem jest w miarę spokojnie, a czasem wyjmuję projekt, ostrzę nóż i idę na wojnę. Jestem gotów podciąć komuś gardło, żeby dany film zrobić. Cierpienie i ból nieodłącznie towarzyszą mojej twórczości. Jak o tym myślę, to czasami chciałbym być poetą, bo to niepomiernie tańsze zajęcia. Ale ja za bardzo lubię wolność wynikającą z posiadania dużego budżetu i za bardzo nie lubię czuć oddechu producentów na karku. Myślę, że tworzący we wczesnych latach 70. tego nie przeżywali. A jakie kino się wtedy kręciło! „Egzorcysta”, „Badlands”, „Ulice nędzy”. Wszystkie powstały w 1973 roku. Świetny rok dla kina. Fatalny rok dla rock’n’rolla.

To w tym roku zetknąłeś się z kinem Pasoliniego?
Stało się to chwilę wcześniej. Pierwszy film Pasoliniego widziałem mając 19 albo 20 lat. To był „Dekameron”. W tamtych czasach grali w amerykańskich kinach dużo europejskich filmów, a na dodatek ja pochodzę z takiego zboczonego pokolenia, do którego te filmy trafiały. Puszczali je w najlepszych kinach w Nowym Jorku, a nie w jakiś niszowych miejscach, jak robi się to teraz. Powiedzmy sobie też szczerze, to były duże, ważne filmy. Pasolini świetnie sobie radził w tamtych czasach, biznes filmowy wyglądał inaczej.„Salo, czyli 120 dni Sodomy” oglądałem już w Paryżu. Do końca dotrwało może z pięć osób. Dla mnie to natomiast było przełomowe doświadczanie. Nigdy potem do tego filmu nie wróciłem, nie chciałem go więcej razy oglądać. Raz wystarczył. To doświadczenie niepodobne żadnemu innemu.

Nad swoim filmem pracowałeś z Ninetto Davolim, muzą i partnerem Pasoliniego.
Ninetto bardzo nam pomógł. Na początku poprosił, żebyśmy nie oceniali Pasoliniego, nie szukali w jego biografii morału, nie oceniali jej z postaw moralnych. A potem dał nam wszystko. On wciąż trzyma ubrania Pasoliniego, jego koszule, biżuterię. Dafoe nosi je w filmie. Okazało się, że świetnie na nim leżą i wtedy Willem trochę spanikował, bo nagle obecność Pasoliniego na planie stała się wręcz namacalna. Ja przy tym filmie trochę odetchnąłem od afery w związku z „Witamy w Nowym Jorku”, na nowo poczułem, że jestem wolnym artystą mimo, że robię film o autentycznej postaci, której bliscy wciąż żyją. To przecież tylko nasza wersja filmu o Pasolinim. Każdy może zaproponować swoją.

Kiedy zdecydowałeś, że Dafoe będzie idealnym Pasolinim?
Z Willemem pracujemy razem od jakiegoś czasu, uznaję go za część mojej filmowej rodziny. Ostatnimi laty, kiedy mam projekt i zastanawiam się nad aktorem to raczej myślę czy po prostu nie mógłbym znowu zaangażować Willema. Jestem w stanie na niego nawet poczekać, jeśli jest akurat pochłonięty wcielaniem się w jakiegoś durnego Zielonego Goblina. Film o Pasolinim chciałem zrobić od ponad dwudziestu lat. Potrzebowałem jednak ewolucji w sobie, żeby to nakręcić, musiałem się dobrze przygotować, spędzić wiele lat dokumentując głównego bohatera. Długo czekaliśmy też na finansowanie, a czekając – gadaliśmy o Willemem o Pasolinim, jego filmach, czytaliśmy jego pisma, listy i dramaty. Wtedy jeszcze nawet w myślach nie obsadziłem go w tej roli. Zrobiliśmy razem „Go Go Tales” i „4:44 Ostatni dzień na ziemi” i dopiero po tych filmach poczułem, że wspólnie jesteśmy gotowi na ten projekt. Willem już właściwie miał rolę przećwiczoną.

Poczułeś z nim bliskość po tym, jak w „4:44 Ostatnim dniu na ziemi” zagrał postać, którą wzorowałeś na sobie?
Staram się tak o tamtym bohaterze nie myśleć. Tak samo, jak uważam, że w „Witamy w Nowym Jorku” nie portretowałem Dominique Strauss-Kahna, a w „Pasolinim” – Pasoliniego. „4:44 Ostatni dzień na ziemi” inspirowały oczywiście wydarzenia, które spotkały mnie i moją dziewczynę, ale jak zobaczyłem Willema na planie musiałem się zdystansować. Nie chciałem mu nic narzucać, wolałem pozostawić mu wolną rękę, bo moim zdaniem aktor stanowi moralne centrum filmu, jego duszę. Nie można go tłamsić. A już zwłaszcza nie można tłamsić aktorów taką głupotą jak mityczne „dążenie do prawdy” czy stwierdzenie „to było tak i tak, zagraj to właśnie w ten sposób”. Nie pokażę prawdy o Strauss-Kahnie czy o Pasolinim, bo jej nie znam. Nie pokażę nawet prawdy o sobie, bo nie jestem w stanie rozsądzić co nią jest – nie robiłem tego filmu na trzeźwo, brałem też wtedy jeszcze narkotyki. A zresztą ta „prawda” na końcu i tak nie ma żadnego znaczenia. Robię film, jedni go akceptują, a inni nie. Przecież zadanie pytania nie zawsze automatycznie znaczy, że uzyskuję właściwą odpowiedź.

Rozmawiała: Urszula Lipińska


 

Written by redakcja