duke-of-burgundy-006Duke of Burgundy, reż. Peter Strickland │ To, co próbuję opisać w moim filmie to machina dawania i brania w relacji z drugim człowiekiem, zupełnie prozaiczny wymiar bycia w parze. Pokazuję to w „Duke of Burgundy” za pośrednictwem bardzo specyficznego świata do którego – zgaduję – ma dostęp jakiś pięć procent ludzi. Większość będzie się mu przyglądać jakby oglądała relację z kosmosu. Ja zabiegam o to, żeby w tym kawałku czegoś z kosmosu widzowie rozpoznali siebie; żeby rozpoznali siebie w czymś tak kompletnie innym. Dla mnie to cel sztuki – uczynienie znajomym czegoś zupełnie ekscentrycznego i nieznanego – mówi Peter Strickland.

Kim jest tajemniczy książę z Burgundii?
Mną. Tę historię, mimo, że opowiada o miłości dwóch kobiet, opowiadam z męskiego punktu widzenia. Tylko to spojrzenie w filmie jest śladem męskości i oznaką słabości – nie jestem przecież psychologiem, nie mogę przeniknąć zjawiska, które pokazuję, wrażliwość kobieca pozostaje dla mnie wielką tajemnicą. Nie chciałem wstawiać w tę historię męskiego bohatera, ale chciałem mieć w niej mężczyznę – trochę jako asekurację. Postanowiłem schować go w tytule.

Aktorki pomogły ci przeniknąć świat kobiet? Oprotestowały jakiś pomysł, pochwaliły jakieś rozwiązanie?
Czasami dziewczyny faktycznie robiły coś, czego istnienia nawet nie mogłem podejrzewać. Szczególnie grająca Evelyn Chiara D’Anna szalała na planie. Bywała ekspresyjna, przesadzała, znaczyła ten świat sztucznością, a jednocześnie widziałem, że to wszystko pozwala osiągnąć emocjonalną wiarygodności relacji między głównymi bohaterkami. Evelyn naprawdę kocha Cynthię i docenia to, że tamta potrafi ją uszczęśliwić oraz spełnić jej fantazje. Zrealizować jej głęboką potrzebę nadania relacji sadomasochistycznego wymiaru.

Akcja filmu dzieje się w wielkim domu na odludziu. Czy masz w związku z tym poczucie, że związek Cynthii i Evelyn może istnieć także dlatego, że dzieje się poza oczami społeczeństwa?
Na początku starałem się pisać tę historię osadzając ją w mieście. Ale to po prostu nie działało, wypadało absurdalnie i stereotypowo. Umiejscawiając ją w pałacyku po miastem, chciałem stworzyć wrażenie, że te bohaterki mają wszystko: są bogate, oderwane od jakichkolwiek wpływów i żyją w wymarzonych warunkach, żeby całkowicie poddać się swojemu pożądaniu. Zestawianie ich związku ze społecznymi nastrojami odciągnęłoby uwagę od jego emocjonalności. One żyją nie otaczając się zbyt wieloma innymi sprawami poza swoją miłością, co może nie tworzy na ekranie realistycznego obrazu związku między dwójką ludzi, ale nadaje mu swoistą uniwersalność. Dzięki temu można tę historię wiązać z dekadencją, bajką, odrzuceniem czegoś przyziemnego w imię czegoś pięknego.

Wyrzuciłeś tę historię poza społeczny kontekst także po to, żeby nie oceniać bohaterek?
Mam nadzieję, że udało mi się uniknąć oceniania ich. Jeśli cokolwiek może być w tym filmie sensacyjnego to właściwie sam sadomasochistyczny wymiar miłosnego aktu. Jednak tu także zależało mi, żeby wyswobodzić ukazywanie go ze stereotypów. Szukałem m.in. innej drogi do pokazania relacji, która ma taką naturę. Pierwsze skojarzenia z tym tematem są oczywiste: spodziewamy się dominy w skórze i ofiary w kajdankach. Ja takie obrazy odrzuciłem już na początku jako przesadnie wyeksploatowane, bo pragnąłem wykreować pożądanie między bohaterkami w inny sposób. Owszem, wszystkie te sadomasochistyczne gierki są podszyte teatralnością i sztucznością, ale w przypadku Evelyn i Cynthii ich fundamentem jest miłość i zaufanie.

Ty tę grę nie tyle pokazujesz, co drążysz. Drążysz temat strachu, kompromisu, stawiania granic w związku dlatego, że rozumiesz bycie z drugim człowiekiem jako ciągła walkę o ocalenie siebie?
Chciałem zrobić film o negocjacji w związku. O momencie, w którym dochodzi do ekspresji samego siebie przed drugim człowiekiem i para musi coś z tym zrobić. Kto pójdzie na kompromis i czy w ogóle ktoś to zrobi? Rozważaniu tego pytania towarzyszy naturalny strach: czy kompromis nie rozbije związku, bo możemy się dowiedzieć o sobie czegoś, co nam się nie spodoba, a może odwrotnie: nasz związek rozbije brak kompromisu? Czy włączając kompromis w nasz związek nie pozbawimy go przypadkiem ognia zamiast mu pikanterii dodawać? Nieważne, jaki ruch wykonasz w relacji – on zawsze będzie miał jakieś nieprzewidziane konsekwencje. To zresztą nie tylko ruchy dwójki ludzi wobec siebie, ale także ruchy rzeczywistości wobec nas. Gdybyś ty pracowała w Warszawie, a twój partner nagle dostał pracę we Wrocławiu, to kto poszedłby na kompromis? Kto rzuci swoją pracę dla tej drugiej osoby? Naprawdę chciałbym zobaczyć publiczność, która po tym filmie się o to kłóci, bo „Duke of Burgundy” jest właśnie o tym. O tym, czy wystroić się dla swojego partnera w skórzaną bieliznę, ulec jego fantazjom czy zamanifestować siebie i swój przeciw wobec tego typu pomysłów? Czy dzielić się swoimi szczególnymi emocjonalnymi czy seksualnymi potrzebami z drugą osobą czy dla wyimaginowanego dobra związku je stłumić i nie ryzykować? To, co próbuję opisać w filmie to machina dawania i brania w relacji z drugim człowiekiem, zupełnie prozaiczny wymiar bycia w parze. Pokazuję to w „Duke of Burgundy” za pośrednictwem bardzo specyficznego świata do którego – zgaduję – ma dostęp jakiś pięć procent ludzi. Większość będzie się mu przyglądać jak relacji z kosmosu. Ja zabiegam o to, żeby w tym kawałku czegoś z kosmosu widzowie rozpoznali siebie; żeby rozpoznali siebie w czymś tak kompletnie innym. Dla mnie to cel sztuki – uczynienie znajomym czegoś zupełnie ekscentrycznego i nieznanego.

Przy okazji robisz w tej sadomasochistycznej oprawie film o czułości w związku i jego kruchości.
I słyszę nieprzerwanie, że nakręciłem niespełniony thriller. Patrząc na te sadomasochistyczne wyczyny bohaterek, widzowie tylko czekają aż jedna z nich okaże się seryjną uwodzicielką i morderczynią albo jedną kochankę coś opęta i zabije drugą. Dla mnie to film, w którym jest dużo czułości i ciepła. Mimo, że dom moich bohaterek wydaje się brutalnym światem surowych reguł, w gruncie rzeczy przepełnia go wzajemne zaufanie i osobliwa przytulność. Cynthia nigdy nie skrzywdziłaby Evelyn, bo ich związek opiera się na czułości, tak głębokiej, że one sobie pewnych rzeczy już tłumaczyć nie muszą. Ich relacja nie jest destrukcyjna. Owszem, one mają w sobie pewien mrok, bo potrzeby Evelyn czasami bywają mroczne, ale one ładnie przełamują bajkowość ich życia. Mój film raczej miesza klimat baśni braci Grimm z exploitation cinema spod znaku Jesusa Franco. W tych ostatnich filmach zawsze były kochanki i masakra, a przez to, że robili je heteroseksualni reżyserzy, głównie opowiadały one ich wyobrażenie na temat pożądania między kobietami. Ja chciałem do tego podejść trochę inaczej. Pierwsze piętnaście minut mojego filmu faktycznie wzorcowo powtarza schemat tego typu kina: dwie kobiety, dzikie kochanki, domina i jej służąca, czysta fantazja. Ale dalej wkrada się w ten obrazek domowy kontekst. Cynthia i Evelyn nie kładą się do łóżka w szpilkach i tych dziwnych skórzanych ciuchach, bo gdyby to zrobił, nie udałoby mi się pogłębić opowieści o ich związku. Dlatego one rzucają się w pościel w workowatych piżamach, a potem głośno chrapią. Fantazjują, uprawiają cały ten teatr, reżyserują swoje ruchy, ustawiają się wzajemnie w wymyślonych przez siebie rolach, snują w głowie jakieś scenariusze – ale mój film to głównie zajrzenie za kulisy tego wszystkiego. Zajrzenie za kulisy takiego związku w którym ciało i podniecenie są bardzo ważne, zatem w naturalny sposób bohaterkom towarzyszy wieczny strach. Evelyn boi się czy Cynthia będzie w stanie zadowolić ją cały czas, Cynthia boi się starzenia i tego, czy jej ciało pozostanie dla Evelyn atrakcyjne. Z jednej strony jest szczęśliwa, że potrafi zaspokoić kobietę, którą kocha. Z drugiej strony, obawia się, że nastąpi moment, w którym może jej się to nie udać. To są naturalne lęki każdego z nas. ■

Rozmawiała: Urszula Lipińska


 

Written by redakcja