783scaled

44. IFF Rotterdam │ Każdy z twórców pokazujących film w sekcji konkursowej 44. Festiwalu Filmowego w Rotterdamie ma nie tyle własny świat, co własny kosmos. W nim można wyjść za mąż za swój telewizor albo wziąć udział w przygotowaniu do wojny, która nigdy nie nadejdzie. Każde dziwactwo jest na wskroś zwyczajne.

Trudno powiedzieć, gdzie jesteśmy. W Teksasie, na angielskiej prowincji czy w lesie, gdzieś nieopodal Buenos Aires. Świat zbzikował, zlał się z kosmosem i zatarł granice – w tym także granicę między szarymi realiami a kompletną abstrakcją. Między zdrowym rozsądkiem i zupełnym szaleństwem. Między rzeczywistością wirtualną, a tą całkowicie przyziemną. Między poczuciem bezpieczeństwa, a dreszczykiem ciągłego zagrożenia. Między wielkim nadziejami na lepszą przyszłość i obojętnością w oczekiwaniu na zmiany, które nigdy nie nadejdą.

Ich właśnie spodziewają się mieszkańcy opustoszałego kubańskiego miasteczka w „La obra del siglo” Carlosa M. Quinteli, od lat wypatrujący za swoimi oknami elektrowni nuklearnej. Miała być ona niezwykłym, spektakularnym przedsięwzięciem dwóch narodów, Rosjan i Kubańczyków, projektem przełomowym i dziełem przynoszącym twórcom chwałę i prestiż. Dekady później, po szumnych obietnicach została tylko chybocząca się konstrukcja, przestrzeń tylko ciut ładniejsza niż Czarnobyl po wybuchu i grupka niedobitków o pozbawionych nadziei spojrzeniach. Żyją tu niczym w ruinie świata rozszarpanego przez jakąś wojnę i zajmują się swoimi błahymi konfliktami, odcięci od społeczeństwa i jego większych problemów. Mieliby stąd uciekać? Tylko po co? A jeśli reszta świata wygląda tak samo, albo nawet gorzej?

Bohaterowie „La obra del siglo” w swojej samotności nie są odosobnieni. W swojej niechęci do ruchu, poszukiwań czy walki także. Tyle, że oni bezradnie zaakceptowali los, który na nich spadł, podczas, gdy bohaterowie „Above and Below” Nicolasa Steinera, „Tired Moonlight” Britni West czy „La Mujer de los Perros” Laury Citarelli i Veróniki Llinás samotność wybrali, skrywając się przed oczami społeczeństwa. Nie oznacza to, że wypędzili ze swojego życia cierpienie – ta samotność czasami im doskwierała, czasami oznaczała odsunięcie się od bliskich, czasami skazała ich na wieczną walkę. Każde z nich przekonało się jednak w międzyczasie, że nie można nie być od czegoś zależnym. Nawet gdy ucieknie się od ludzi, to wciąż jeszcze pozostaje się uwięzionym w sieci zależności drobnych i niepozornych, jak pogoda, albo poważnych i niemożliwych do pokonania – jak zdrowie.

Bohaterka „La Mujer de los Perros” radzi sobie z nimi lepiej, ale i ona w końcu ląduje u lekarza, gdzie dowiaduje się, że jej organizm pogrąża się w ruinie. Problemy bohaterów „Above and Below” są natury bardziej filozoficznej i refleksyjnej. Także dlatego, że oni – w przeciwieństwie do kobiety z argentyńskiego filmu – kiedyś byli częścią społeczeństwa. Mieli rodziny, wciąż stykają się z ludźmi, tęsknią za kontaktem z drugim człowiekiem, choć jest to tęsknota nieśmiała i strachliwa: wciąż takie spotkania mogą wyrządzić im krzywdę, pozostawić ranę, pogrążyć ich ostatecznie. Gdy stają przed wyborem – jak Cindy i Rick – decydują się żyć według własnego przepisu na szczęście, nie wystawiać go na próbę i ocenę innych, nawet jeśli będzie to miało swoją cenę.

009scaled

„Above and Below” i „La Mujer de los perros”, ale także poniekąd „Another Trip to the Moon” Ismaila Basbetha oraz „Vanishing Point” Jakrawala Nilthamronga, przekonują, że człowiekowi bliższemu naturze żyje się lepiej. Tylko w takim razie co zatem z bohaterem „Impressions of a Drowned Man” Kyrosa Papavassiliou, który przemierza puste pola, zatrzymuje się przy kolejnych jeziorach i ma poczucie, że z każdą minutą tonie coraz bardziej? Co jeśli ucieczka od cywilizacji nie przynosi żadnej ulgi, wręcz przeciwnie: zmusza do pozostania samemu z własnymi myślami, grzechami, winami, przekonaniami i decyzjami? Kostas Karyotakis, jeden z najsłynniejszych greckich poetów i bohater filmu Papavassiliou zarazem, tuła się po współczesności ze wspomnieniem swojej dawnej miłości w głowie i zostawia ślady wierszy w odwiedzanych miejscach. Ta powolna droga z przystankami w przestrzeniach pięknych i złowieszczych zbliża go do śmierci, która wydaje się być nieuniknioną od początku. Samotna tułaczka nie jest dla Kostasa sposobem na walkę z własnymi demonami. Ona pozwala tym demonom spokojnie go opanowywać i metodycznie niszczyć.

Skoro natura nie przynosi ukojenia, „Videophilia (and Other Viral Syndromes)” Juana Daniela F. Molero i „Bridgend” Jeppe’a Rønde podpowiada, aby udać się w kierunku odwrotnym: ku technologii. Zamknąć się w świecie wirtualnym i sformułować nowe zasady szczęścia. Tyle, że w przypadku obu filmów znowu rozchodzi się o akceptację, od której bohaterowie uzależniają swoje powodzenie. W „Videophilii (and Other Viral Syndromes)” staje się to nawet bardziej wyraziste, bo jest opakowane w rozpikselowaną formę, imitującą rozbicie nastoletniej duszy. Jednak zarówno w tym filmie, jak i w „Bridgend” poszukiwanie akceptacji wiąże się z wejściem w błędne koło, z którego nie ma prostej ucieczki – także dlatego, że jednorazowe wstąpienie w świat wirtualny na wieczność pozostawia w nim ślady.

Wobec problemów rozpracowywanych w tych filmach, błahe wydają się rozterki bohaterów „Norfolk” Martina Radicha czy „Gluckauf” Remy van Heugtena, zaś desperackie miotanie się Haruko z „Haruko’s Paranormal Laboratory” Lisy Takeby to wręcz problem infantylny. Chaos narastający w tym filmie z minuty na minutę domaga się wybuchu – bo tylko on mógłby go rozładować i przerwać zarówno irytujące piski głównej bohaterki, jak i nakręcającą się do granic absurdu fabułę. Szkoda, że nie przenika do niej zagubiony wojownik z „Parabellum” Lukasa Valenty Rinnera; człowiek, szkolony na wojnę, która nie nadejdzie. Szkoda, że wystrzelona przez niego zabłąkana kula nie muśnie choćby najdelikatniej tego wkurzającego ożywionego telewizora, w którym zakochana jest Haruko. Albo ten meteor z pierwszej sceny filmu Rinnera nie spadnie w sam środek filmu Takeby.■

Urszula Lipińska


Written by redakcja