per-amore-vostro-cover72. Venice FF│72. edycja Festiwalu Filmowego w Wenecji, wydarzenia w ostatnich latach budowanego wokół niepewności własnej tożsamości i roli w filmowym świecie, w pewnym momencie zamieniła konkurs główny w wyścig o miano najgorszego filmu. Mistrzowie padali jak muchy, jeden po drugim.

Atom Egoyan przywiózł na festiwal „Remember”, historię dziadka poszukującego sprawiedliwości za cierpienia w czasach Holokaustu. Film tak zły, że za kilkanaście lat może stać się filmem wręcz kultowym. Jerzy Skolimowski przyjechał z „11 minutami”. Estetycznym ćwiczeniem, w którym dialogi czasami ocierają się o poziom przeciętnej studenckiej etiudy, zaś końcowa eksplozja zdradza niecne zamiary wysadzającego. Fabuła fabułą, postacie postaciami, trochę to upilnowane, trochę puszczone samopas, bo przecież i tak chodziło o spektakularny koniec. Mniejsza o jego sens czy przesłanie. Christian Vincent zaprezentował „L’Hermine”, w którym przesłanie i sens też miały drugorzędne znaczenie, bo twórca zaplątał się w gatunkach tak niewiarygodnie, że wybicie się z tego chaosu na wyższy poziom wydawało się wręcz niemożliwe. Marco Bellocchio przybył z „Sangue del mio sangue”, dziejącą się za murami klasztoru telenowelę, w której absurdalność momentami aż ciężko uwierzyć.

Niedorzeczności na festiwalu było wiele więcej, włącznie z umieszczoną w konkursie głównym pełnometrażową reklamą IKEI pod tytułem „Equals” (reż. Drake Doremus). Po paru więc dniach dobre opinie zaczęły zbierać filmy średnie, ucieczki na seanse poza konkursowe stały się normą, a nadzieję na poprawę odpłynęły w siną dal.

Przedwcześnie. Gdzie bowiem zawiódł człowiek, z pomocą przyszedł pies. Niekoniecznie ten z „Frenzy” Emina Alpera, który, choć symboliczny, jednak nie podtrzymał filmu na oczekiwanym wysokim poziomie. Dużo więcej nadziei dostarczyła Lollabelle z „Heart of A Dog” Laurie Anderson, obrazu bodaj najmocniej typowanego na zwycięzcę tegorocznego festiwalu. Anderson w swoim eseju powiązała tak wiele wątków, tematów i czystego piękna, że mogłaby obdzielić parę konkursowych filmów o dużo uboższych ambicjach. Opowiadając o żałobie – za człowiekiem, za psem, za państwem, które straciło cząstkę siebie w wielkiej tragedii i do dziś nie może odzyskać poczucia bezpieczeństwa – uknuła ciepłą historię afirmującą życie w każdym jego przejawie. Zrobiła to nie próbując specjalnie ukryć osobistego tonu, a wręcz przeciwnie, na każdym kroku go podkreślając. Sama czyta narrację z offu, jej ręka dotyka każdego elementu filmu, jej biografia i intymne spostrzeżenia przewijają się tu i ówdzie przez cały film.

Oglądając „Heart of A Dog” dało się dostrzec, czego weneckiemu konkursowi zabrakło najbardziej – i był to właśnie ten osobisty, szczery ton płynący prosto z serca. Dominowała postawa oglądania wydarzeń „z dystansu” lub trzymania fabuły za łeb, prowadzenia jej twardą, męską ręką. Fabuła, napięcie, zwroty akcji, scena miłosna, sekwencja strzelaniny – rygorystyczne odhaczanie żelaznych zasad z listy tego, jak należy robić kino. W taki sposób zrealizowany został choćby „El Clan” Pablo Trapero, sprawny thriller o wątpliwym moralnie podłożu. Wszystko w nim elegancko się klei, przeszywa, niczym spojrzenie głównego bohatera – okrutnego ojca, który w piwnicy własnego domu przetrzymuje porwanych dla okupu przypadkowych ludzi. Historia toczy się wartko i rozwija konsekwentnie. Jedynie powiązanie jej z mroczną przeszłością Argentyny budzi pewne wątpliwości. Czy aby twórca musiał po nie sięgać, udając, że próbuje zaspokoić w ten sposób wyższe instynkty?

francofonia.53.54 PM

Skoro o wielkiej, wysokiej, latającej pod nieboskłonami sztuce mowa, to warto wspomnieć, że tej w Wenecji nie brakowało. Piął się ku niej Amos Gitai w surowym paradokumentalnym „Rabin, the Last Day”, pieczołowicie, minuta po minucie odtwarzając ostatni dzień życia premiera Izreala, Yitzhaka Rabina. Celował w nią z ciekawym efektem Liang Zhao w ambitnym „Behemocie”. Krążył wokół niej Xavier Giannoli we wcale nie tak złej, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać „Marguerite”. Jednak starania ich wszystkich były niczym przy „Francophonii” Aleksandra Sokurova, filmie opowiadającym o surrealistycznej kolaboracji mającej na celu uratowanie arcydzieł z politycznej zawieruchy.

„W moim filmie ludzie próbują ocalić sztukę, ale w to, że sztuka może ocalić ludzkość nie wierzę” – przekonywał w wywiadach Sokurov, A szkoda, bo wielu filmowych bohaterów potrzebowało ocalenia i rozpaczliwie szukało do niego drogi. Ofiarom tragedii z „The Endless River” Olivera Hermanusa wydawało się, że znajdą je w swoich ramionach – przynajmniej dopóki nie wyszło na jaw, że w tej tragedii ich bliscy stali po przeciwnych stronach barykady. W „Anolimasie” Charliego Kaufmana i Duke’a Johnsona pomocy wypatrywał Michael, coraz bardziej tonący w świecie bez właściwości i na ostatniej prostej łapiący się jedynej niedoskonałej istoty, którą udaje mu się spotkać na hotelowym korytarzu. Ocalenia poszukuje też szesnastolatka uciekająca z domu w „Looking for Grace” Sue Brooks oraz jej rodzice – wyruszający w dziki pościg za niesforną córką.

O ile wielu filmowych bohaterów poszukiwało dla siebie ostatniej deski ratunku, o tyle niewielu ją znajdywało, dzieląc losy Einara Wegenera z „The Danish Girl” Toma Hoopera. Większość uciszała własne niepokoje jedynie na jakiś czas, pozornie albo w nieuczciwej wymianie, uwalniając strach, ale fundując sobie w to miejsce poczucie winy. Z taką sytuacją zostają skonfrontowani bohaterowie „The Bigger Splash” Luki Guadagnino, za punkt wyjścia mający ucieczkę rockowej gwiazdy Marianne Lane z partnerem do ich włoskiej posiadłości. Leniwy wypoczynek mający na celu przywrócić zdartemu głosowi piosenkarki dawną świetność przerywa pojawienie się we włościach producenta artystki i zarazem jej byłego kochanka. Wtedy hymnem wyprawy staje się „Emotional Rescue” The Rolling Stones i każdy zaczyna ratować się z tej emocjonalnej opresji jak potrafi. Ucieczką, siłą, prowokacją, rozmową, ciosem.

4guide_anomalisa_1__large

„The Bigger Splash”, jeden z najbardziej wygwizdanych filmów tegorocznej Wenecji, paradoksalnie był także najlepszą propozycją w imponującej jak zwykle rozmiarami stawce włoskiego kina. Obraz Guadagnino miał styl, rytm, tajemnicę, zmysłowość, o której pozostałe siermiężne filmy Bellocchio, Giuseppe M. Gaudino („Per Amor Vostro”) i Piero Messina („L’Attesa”) mogłyby tylko pomarzyć. Piękno w ogóle było w tym roku na cenzurowanym, stale wypierane przez brzydotę. Właściwie jeszcze tylko jeden tytuł starał się komponować kadry z najwyższą starannością – „Beasts Of No Nation” Cary’ego Fukunagi. Szkoda jedynie, że hipnotyzujące sceny rzek spływających krwią, zabawny początek i pilne poszukiwanie oryginalnej estetycznej drogi pozostały przykrywką dla przewidywalnej fabuły niestroniącej od emocjonalnego szantażu.

Kinem stylu zerowego było także zwycięskie „Desde alla” Lorenzo Vigasa, kameralną, miłosną (?) historię usiłującą przeobrazić w poważniejszą opowieść o różnicy klas, życiowych szans, władzy i możliwości. Mimo, że Vigas rozpędzał się na kino o mistrzowskiej manipulacji, w którym każda ze stron ma swoje racje i słabości, a także jest od siebie bezwzględnie zależna, celu nie osiągnął. Wyrzucił na stół stertę tajemnic i domysłów, uczynił swoich bohaterów niejednoznacznymi, splótł ich w mocnym uścisku wzajemnych zależności tylko po to, aby po drodze gdzieś ich zatracić, nadać im rys marności i w tej marności ich pozostawić. ■

Urszula Lipińska


Written by redakcja