21_03_14_114. Transilvania IFF │Konkurs główny 14. edycji Festiwalu Filmowego w Transylwanii zdominowały filmy rozkładające na drobne cząsteczki związki międzyludzkie. Nie tylko relację w małżeństwie czy w parze, ale także emocje towarzyszące życiu w rodzinie, budowaniu uczuć z dzieckiem lub lokalną społecznością.

Dystans – to słowo stało się kluczem do zestawu filmów zebranych w konkursie głównym. Nie chodzi tu bynajmniej o jakościowy dystans między produkcjami (wśród których znalazły się zarówno słabe „Paris of the North” Hafsteinna Gunnara Sigurðssona czy „Summer Nights” Mario Fanfaniego, jak i wyjątkowa „The Lesson” Kristiny Grozevej i Petara Valchanova), ale przede wszystkim o temat – dystans między ludźmi. Dystans pokolenia, poglądów, odległości, uczuć, wizji przyszłości. One dużo bardziej dzieliły filmowych bohaterów, czasami fizycznie będących nieprzerwanie obok siebie i nierozstających się ani na minutę.

Dwa filmy opracowywały temat na sposób mistrzowski, ujmując go z zupełnie innych stron. W „10.000 kilometers” Carlosa Marques-Marceta dystans przydarza się bohaterom dosłownie. Alex i Sergi zamieszkują w dwóch innych miejscach globu. On zostaje w Barcelonie, ona za sprawą stypendium rusza na podbój Los Angeles. Zawierają umowę, deklarują sobie nieprzerwaną troskę i wierzą, że ich związek przetrwa tymczasową rozłąkę. Ale im dłużej widzą się tylko na ekranie komputera, tym bardziej tęsknią za swoim dotykiem. Nie pomaga zapijanie smutków, wielogodzinne rozmowy przed snem i wyznawanie sobie miłości. Dystans wywołuje kryzys, a kryzys powoduje powolny rozpad. Ani Alex, ani Sergi nie wiedzą, jak go zwalczyć, jak zakłócić swoje cierpienie i czy porwać się na poświęcenie tylko po to, aby utrzymać związek, którego nie są już pewni.10346630_437989323005043_2081330756185502416_n

W podobnym stadium spotykamy Lucię i Marcelo w „El Incendio” Juana Schnitmana – choć o ich przeszłości (ani przyszłości) nic nie wiemy. Trafiamy w ich świat wraz z początkiem najgorszego dnia w ich życiu. To dzień, w którym napięcie sięga zenitu – z kilku powodów. Czuć, że mają do siebie o coś pretensję, wisi między nimi nieprzepracowany konflikt. We znaki wdaje się także ciężar ostatecznej transakcji zakupu mieszkania, niespodziewanie przesuniętej się na bliżej nieokreślone „jutro”, do którego Lucia i Marcelo mogą nie dotrwać razem. W grę wchodzi jeszcze strach, towarzyszący tej ważnej dla nich decyzji. Bohaterów „El Incendio” od postaci z „10.000 kilometers” różni właściwie jedynie odległość. Ci pierwsi są nieodłącznie blisko siebie, ci drudzy – tkwią w rozdzieleniu. Jednak obu tym stanom towarzyszy podobne uczucie frustracji, zagubienia i przejmującej samotności, dystans – raz autentyczny, inny razem metaforyczny. Nieprzerwana świadomość stąpania po cienkim lodzie, który za chwilę może się pod nimi złamać.

Z kolei „Melody” Bernarda Bellefroida dotyka dystansu w spojrzeniu na świat, uniemożliwiającego zrozumienie racji i słabości drugiej strony. Film Bellefroida dotyka delikatniej materii: bogata Emily wynajmuje zahukaną samotną matkę, żeby ta urodziła jej dziecko. Emily sprawdza Melody na różne sposoby i gdy jest pewna, że wybrała sensowną, rozsądną dziewczynę, zaprasza ją do swojego domu. Tam wszystko wymyka się spod kontroli – rozpoczynają się tortury, Emily traci władzę we własnej przestrzeni, sytuacja osuwa się coraz bardziej w chaos. Początkowe wzajemne porozumienie znika, ustępując miejsca roszczeniowości, konfliktowi, sprzeciwowi.

Dziecko znajduje się także w centrum innego konkursowego filmu, „Melbourne” Nima Javidiego. Zanim okaże się, że osią fabuły jest tragedia, reżyser serwuje nam całą serię pełnych nadziei scen. Przed Amirem i Sarą stoi bowiem świetlana przyszłość. Oboje opuszczają Iran, aby za chwilę ruszyć w kierunku Australii. Walizki spakowane, przyjaciele pożegnani, mieszkanie wysprzątane. Chwila nieuwagi burzy idealny plan – dziecko Amira i Sary niespostrzeżenie przestaje oddychać. Przygotowania do podróży do raju zamieniają się w istne piekło udawania, dramatu, kłótni, niedowierzania i przerażenia. Rozpacz powoli dzieli parę, oddala ją od siebie, w ułamku sekundy najbliższych sobie ludzi czyni zupełnie dla siebie obcymi.

Obcość leżała u podstawy „Six Year Plan” Santiago Cendejasa – filmu nakręconego z wyczuciem, acz pozbawionego historii więcej niż pretekstowej. Parę głównych bohaterów nieprzerwanie ktoś nachodzi. Obcy wystaje pod ich oknami, stale ich obserwuje, desperacko domaga się spotkania z kobietą, otwarcie wyklina jej męża. Policja nie potrafi pomóc, sąsiedzi nie umieją ich obronić, sytuacja robi się coraz gęstsza i coraz bardziej niebezpieczna. Mimo wielu słabości, więcej jednak w tym filmie napięcia niż w „600 miles” Gabriela Ripsteina, historii tematyką odwołującej się do brutalności przemysłu narkotykowego na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Ripstein zamiast akcji wybrał bowiem kontemplację długiej rozmowy, ciche spędzanie ze sobą czasu katów i ofiary, dyskretne starcie racji i podejścia do życia. W ten sposób, „600 miles” stało się zupełnie innym filmem na temat, którego podjął się Philipp Leinemann w „The King’s Surrender”. Opowiadając historię napiętego, krwawego konfliktu między policją a gangiem młodocianych rzezimieszków. Kto w tym boju obejmuje pozycję wygranego wie, że nie jest ona dana na wieczność. Sytuacja zmienia się dynamicznie, policję powoli oślepia dzika chęć zemsty za śmierć dwóch funkcjonariuszy z rąk gangsterów, a lokalna społeczność mocno dzieli się w swoich opiniach o słuszności tego starcia.

22932d_0b0906a11d8b47f5803371ebb1a9c30e.jpg_srz_p_900_516_75_22_0.50_1.20_0.00_jpg_srz
Jako, że filmy z konkursu głównego wygodnie układały się w pary, w których po jednej stronie stawał tytuł znacznie lepszy, a po drugiej niezbyt udany, tak „Rams” Grímura Hákonarsona i „Radiator” Tom Browne’a zgrabnie wpisały się w ten schemat. Pierwszy okazał się majstersztykiem gatunków przekonująco splecionych z klimatem typowym dla skandynawskiego kina: uśpienia, letargu, wiecznej zimy i społeczności, która prawie się do siebie nie uśmiecha. Z czego „Rams” uczynił swój kapitał, to „Radiator” przeobraził w kulę u nogi ospałej fabuły z depresyjnymi bohaterami i pretekstową historią, wydającą się ciągnąć w nieskończoność i niechętną nagłym zwrotom. Być może gdyby nie towarzystwo filmu Grímura Hákonarsona, „Radiator” nie przegrałby tej wojny tak spektakularnie. Niestety, jak to w konkursach filmowych bywa – konkurencja czasami ma kluczowe znaczenie. ■

Urszula Lipińska


│Artykuł powstał dzięki uprzejmości│

dafaultpic


Written by redakcja